NAR – Navigatoria Adventure Race 2017

Start na Navigatoria Adventure Race w Gniewinie na Kaszubach był dla nas pierwszym startem w takim składzie (dołączyłam ja) i dla mnie także pierwszym w zespole czwórkowym. Poznałam się z chłopakami z Eventyru, Krzyśkiem i Sebastianem, miesiąc przed rajdem, kiedy zrobiliśmy wspólny wypad biegowo (indywidualny start w Gran Prix Małopolski w BnO) – rowerowy (objazd po Dolinkach Jurajskich), Mateusza poznałam dopiero w dniu startu.

                                                       

(„wesoła kompania” na starcie)

Oczekiwania związane z rajdem były raczej dość wysokie, chcieliśmy powalczyć. Z podanych schematów i opisów trasy wyliczyliśmy, że rajd powinniśmy skończyć ok. godz. 19-20, tak żeby nie zahaczyć o drugą noc (w końcu jechaliśmy z południa i mieliśmy w planie porządnie wyspać się przed drogą powrotną). Z informacji, które wyczytaliśmy później z harmonogramu imprezy, wynikało, że organizator przewiduje przybycie zwycięskiego zespołu po 24 godzinach, czyli ok. 22:00. Wzbudziło to pewien niepokój, że jednak może nie być tak łatwo. O tym, że może być czujnie dowiedzieliśmy przy odbieraniu map. Krótko mówiąc, mapa była aktualna do czasów PGR-ów, a nieużywanego już lotniska między Łebieniem, a Tawęcinem, gdzie znajdowała się druga strefa zmian, w ogóle na mapie nie było. Podjęliśmy decyzję, że nie ma sensu już nic liczyć, po prostu robimy swoje. Mateusz i ja tydzień wcześniej startowaliśmy na Kieracie, mi nie udało się wyleczyć kontuzji i bolała mnie noga, wiedziałam, że w trakcie rajdu raczej samo nie przejdzie.

Rajd był tak zorganizowany, że żaden z etapów się nie dłużył i na żadnym nie można było się za bardzo zmęczyć. Start odbył się w piątek, o godz. 22:00. Zaczęliśmy od etapu rowerowego, który miał liczyć 14 km. Nie wybraliśmy najbardziej optymalnego wariantu, bo na PK3, gdzie zaczynała się rowerowa jazda na orientację nakręciliśmy już 21 km. Mimo tego, na punkcie zameldowaliśmy się jako drugi zespół, zaraz za On-Sight. 9,5 km etap RJnO poszedł nam szybko i sprawnie (50 min) i na godzinę 1:30 zjechaliśmy nad brzeg Jeziora Żarnowieckiego, gdzie rozpoczęliśmy etap kajakowy.

Przed nami było 10 km spływu na jeziorze z jednym PK, następnie 6 km mocno meandrującą Piaśnicą, aż do Morza Bałtyckiego. Tam, w zależności od warunków, mieliśmy płynąć 5 km morzem wzdłuż brzegu lub w przypadku dużych fal ciągnąć kajaki. Odcinek przez jezioro i rzeką zajął nam 3 godziny. 3 godziny wiosłowania przy odczuwalnej temperaturze kilku stopni na plusie, gdzie nie można było sobie pozwolić na chociażby krótką przerwę w wiosłowaniu (a takowe musieliśmy zrobić przy podpływaniu na punkt i na zadanie specjalne – most linowy). Do tego dochodziła gęsta mgła ograniczająca widoczność. Mimo pięciu warstw na sobie (wiedząc, że w nocy ma być 6 st. przygotowałam się na zimno) dłonie w mokrych rękawiczkach kostniały i kompletnie traciłam czucie; Mateusz, z którym płynęłam w kajaku, miał tylko dwie warstwy i tak telepał się z zimna, że trząsł się cały kajak. W związku z tym wiosłowanie na Piaśnicy szło nam średnio, rzeka miała szerokość ok. 3-4 metrów i co chwila lądowaliśmy w szuwarach, raz po lewej, raz po prawej stronie. Pod koniec spływu Piaśnicą powoli zaczęło robić się jasno i dokładnie o wschodzie słońca dotarliśmy nad morze.

( za moment wyjdzie słoneczko, tym czasem trzeba się rozgrzać – może by tak kajakiem po plaży )

Naszym oczom ukazał się niesamowity widok – wzburzone morze na tle zorzy porannej. Zdecydowanie dla tego widoku warto było tam być. Niemniej wciąż było nam zimno i perspektywa 5 km marszu z kajakiem nawet nas ucieszyła (nie było mowy o wypłynięciu na morze). W trakcie marszu odliczam wejścia na plażę, wypłynęliśmy przy 24, przepak ma być na 31 – 7 wejść, 50 minut – czas mija bardzo szybko. W międzyczasie wschodzi słońce i trochę nas dogrzewa, jest całkiem przyjemnie. Na PK8 docieramy jako pierwsi, zaraz za nami On-Sight, a w oddali widzimy, że zbliża się kolejny zespół czwórkowy. W ekspresowym tempie ogarniamy przepak i ruszamy dalej. Zapomniałam zabrać drugiej mapy na kolejne etapy, którą dałam do skrzyni, ale niebawem okaże się, że w ogóle nie będzie mi potrzebna. Do miejsca, gdzie odbieramy rowery mamy ok. 3 km, taki jogging o poranku.

( już rozgrzani, na przelocie do PK8 )

Kolejny etap rowerowy liczy 35 km, po ok. 9 km dojeżdżamy na PK9, gdzie rozpoczynamy pierwszy bieg na orientację – krótki i łatwy. Jak kończymy, rowery kolejnych zespołów są już na punkcie, więc wiemy, że są zaraz za nami. Przed BnO ściągnęłam kurtkę, a razem z nią kompas, który miałam na ręce. Kompas ląduje w plecaku, nie użyję go już do końca rajdu. Jesteśmy już na drugiej stronie pierwszej mapy, a w moim mapniku mapa nadal złożona na pierwszy etap rowerowy, kończy się na PK4.

( no i jest pierwsze BNO, lecimy w las)

Krzysiek tak dobrze nawiguje, że nawet nie chce mi się patrzeć w mapę; swoją drogą tempo jest takie, że nie mam też na to czasu. Przed startem ustaliliśmy warianty i jak na razie wszystkie punkty wchodzą bezbłędnie (motamy trochę przy PK10, bo we wsi Kopalino budują nowe drogi). Jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza, że nie muszę nawigować. W zasadzie moim głównym zadaniem jest po prostu nadążać i całkiem sprawnie odnajduję się w tej roli. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od dobrych kilku lat w imprezach na orientację startuję indywidualnie lub w zespole, gdzie nawiguje się wspólnie i nie wyobrażałam sobie przed rajdem, że ot tak mogłabym z tego zrezygnować. Przyszło nad wyraz łatwo, mapnik rowerowy też zostaje na kolejnym przepaku, bo tylko mi przeszkadza.

Na PK12 z drugim przepakiem, zlokalizowany na starym lotnisku w Tawęcinie w otoczeniu kilkunastu wiatraków docieramy po godz. 9. Stąd ruszamy na etap rolkowy, a potem trekking.

( przyszedł czas na rolki, praca zespołowa )

Rolki. W ogóle nie rozumiem tej dyscypliny sportu, rolki kojarzą mi się wyłącznie z Pierwszą Komunią mojego brata. Dostał wtedy w prezencie czarne rolki Trezeta rozmiar 37. Akurat z trójki naszego rodzeństwa pasowały tylko na mnie i cieszyłam się, że mogę sobie na nich jeździć. Nie przypuszczałam wtedy, że jeszcze kiedykolwiek będę jeździć na rolkach. Zaopatrzyłam się w ten sprzęt przed którymś rajdem i jak dotąd przydały się 3 razy, teraz czwarty. Ogólnie moja technika jazdy na rolkach ogranicza się do tego ile mogę wykorzystać umiejętności jazdy na nartach – krok łyżwowy i zjazd na krechę. Niestety na rolkach nie da się hamować żadną kristianią ani pługiem, więc wszystko jest fajnie dopóki na zjeździe jest dobry asfalt, tu nie było. Cały etap przejechałam asekurowana przez Sebastiana licząc, że nie zaliczymy razem gleby na którymś zjeździe. Ostatecznie etap był szybki i przyjemny.

Drugie zadanie specjalne, które mamy tu do wykonania po powrocie z rolek, to jest strzelanie z łuku. Na zespół mamy 10 strzałów, z których musimy oddać 5 celnych. W przypadku niepowodzenia czeka nas 1 km karna runda na rolkach. Udaje się za drugim podejściem i ruszamy na 30 km trek. Wychodząc widzimy wracający z rolek zespół Navigatoria/Colca Peru, od razu nas to mobilizuje i zaczynamy truchtać. Etap zaczynamy chwilę po godz. 10, upał jeszcze nie doskwiera, a pierwsza połowa przebiega zalesionym terenem, więc idzie całkiem sprawnie.

( ostatni przelot do przepaku, słoneczko grzeje ostro )

W południe zaczyna robić się nieznośnie gorąco i wybiegamy z lasu. 8 km przelot z ostatniego punktu biegnie w większości asfaltem, zaczynamy odczuwać zmęczenie i skutki upału, jednak decydujemy się jak najszybciej zakończyć ten etap i po 3h50min wracamy na przepak. Po uzupełnieniu wody w bukłakach i bidonach ruszamy na ostatni już etap rowerowy, w trakcie którego będzie jeszcze jedno BnO.

Przeloty między punktami są dość długie i nudne, jedziemy lekko otępiali od słońca i ogólnie robi się senna atmosfera. Docieramy na PK20 i zaczynamy 8 km bieg na orientację.

( ostatnie BNO – hasamy jak sarenki )

Teren jest piękny, idealny pod BnO. Krzysiek znów bezbłędnie nawiguje, prawie wszystkie punkty wchodzą od strzała. Etap kończymy po 1,5h, na PK mijamy się z zespołem Navigatoria/Colca Peru, który właśnie zaczyna BnO. Do mety mamy tylko 17 km i jeden PK.

( ostatni PK i na metę )

Po drodze wstępujemy jeszcze do sklepu po zasłużonego browarka i o godzinie 19:29, z czasem 21h29min meldujemy się na mecie jako pierwszy zespół trasy Masters.

Rajd spełnił nasze oczekiwania chyba pod każdym względem – ładne tereny, dobra pogoda, ciekawe etapy, no i zwycięstwo 😀

~Ula