AT – Adventure Trophy 2017

Hasłem rajdu było „Legenda Powraca”, nie mieliśmy okazji brać udziału we wcześniejszych edycjach, ale śmiało można powiedzieć, że był to rajd przygodowy przez duże P. Mi osobiście, przypominał rajd w Czechach, który bardzo lubię. Organizatorzy wykorzystali świetne tereny oraz ogromne doświadczenie, dzięki czemu zrobili dobry rajd 🙂

Startowałem z Sebą, od dłuższego czasu nie udawało nam się razem wystartować w rajdach. Forma po ostatnich rajdach pozwalała nam jechać na AT ze świadomością, że możemy powalczyć. Choć patrząc na listę startową, w naszym mniemaniu było jeszcze kilka takich zespołów, a że rajd będzie długi i ciężki to trzeba było ostrożnie podchodzić do takich rokowań.

Start z poślizgiem o 10.30, mapy dostajemy na bieżąco (niestety tylko po jednej). Na początek BNO, do pierwszego PK docieramy z większą grupą, udaje się nam jednak sprawnie go podbić i lecimy dalej. Łapiemy kolejny PK, aż do PK E gdzie mamy problem, po paru minutach czesania lasu, chłopaki z Poznania dzwonią do orga, od którego słyszą, że tego PK nie ma :/ No nic, lecimy po ostatni PK na tej mapie, który wchodzi czysto, teraz kolejne BNO. Niestety, lecimy nie w tę stronę, co razem ze źle obraną taktyką podbijania PK skutkuje 15min stratą.

(po pierwszym BNO na końcu stawki)

Drugie BNO po Tyńcu, też jeszcze w większości pokonujemy w grupie. Z ostatniego PK udaję nam się dobry wariant, zaczynamy doganiać tych z przodu 🙂 Zaczyna się etap zadań specjalnych, 3 razy pływamy po kanale (jakby to nie brzmiało :P), następnie zjazd na linie do wody i spływ torem kajakarskim. Startuję w soczewkach, na te zadania miałem przygotowane okularki do pływania, niestety zostały w plecaku, a tak mnie pozamiatało na torze, że straciłem jedną soczewkę, zapasowych brak, dyskomfort do końca rajdu, szczególnie w nocy :/ Bardzo fajne – przygodowe zadania, mało jest takich u nas na rajdach.

Wszystkie zadania idą nam sprawnie i na rolki wychodzimy z dwoma innymi zespołami. A, że na rolkach w miarę ogarniamy, to na tym etapie odrabiamy parę minut do AR Poznań. Jesteśmy na drugim miejscu. Kolejne zadanie to trochę taki Czeski Bolscross 🙂 bieg po wyznaczonej trasie, gdzie znajdują się zadania linowe. Pierwszy zjazd sprawnie robi Seba, drugi robię ja. Tutaj chwilę kręcimy, bo nie jesteśmy pewni czy to już mamy zacząć BNO. Po chwili lecimy, idzie nam to sprawnie i bez problemów. Następnie przelot do PK3 robimy z drogi na azymut i wchodzi jak piwo po treningu 😉 skąd trzeba wyznaczyć dwa azymuty. Org zaznaczył wcześniej, że będzie takie azymutowanie więc wziąłem kątomierz (jak dla mnie nadaje się do tego lepiej niż kompas, szczególnie w oprawce AR 🙂 ) nie mamy problemów z tymi PK. Na drugim z nich spotykamy naszych , Ulę z Marcinem, dalej do TA2 lecimy razem. Po drodze jeszcze dwie eksploracje podziemi, słońce już tak waliło, że nie chciało się z nich wychodzić. Na TA2 szybka przeprawa linowa i lecimy na rowerki.

(przeprawa u Ira, TA2)

Tutaj mamy już tylko 5 min do AR Poznań, przed nami 20km roweru. Takie zapoznanie z trasą przed decydującym etapem 70km rowerem (według orgów i chyba tak było – choć Team360 stracił 3 miejsce na treku). Na tym etapie jedziemy spokojnie i tracimy 5 min, przed BNO na Bornaczowej mamy 10 min straty. Ten BNO miał być wymagający i taki był, mało było ścieżek. Pierwszy PK trochę motamy, kolejne wchodzą już dobrze. Zaczynają się jednak problemy Czity z mięśniami- konkretnie łapią go skurcze. Na PK B Czita stoi 5 metrów od lampionu, trzyma się drzewa i nie odzywa, mówię „co, jest? kostka? po zawodach?” ten mówi „skurcze, przynieś mi ku*** ten słupek tutaj” 😀 po chwili bierze się za siebie i lecimy dalej. Wybieramy wariant jak się później okazało taki sam jak AR Poznań, najpierw zbieramy PK, a z ostatniego lecimy ścieżką do mety. Na tym ostatnim przelocie widzimy chłopaków i na rowery ruszamy razem.

Z naszego punktu widzenia ten etap był dla nas kluczowy, jak się później okazało pozwolił nam uciec. Do PK9 jedziemy praktycznie cały czas z Poznaniakami, Czitę co jakiś czas łapią skurczę i chłopaki nam odjeżdżają, po czym gonimy ich. Z PK 6 robimy inne warianty, ale spotykamy się na dole pod sklepem, uzupełniamy zapasy, to może być ostatnia okazja. Przed PK7 robimy inne podejście i dochodzimy chwilę szybciej, ale widzimy czołówki tuż za nami. Jednak na dole znowu się spotykamy, podejście pod PK8 robimy inaczej i łapiemy go szybciej. Na dół znowu inne warianty, nasz okazał się słabszy, a jeszcze Czita na zjeździe przeleciał przez kierownicę. Do PK9 prowadzi długi przelot asfaltem, tutaj doganiamy chłopaków i wyprzedzamy ich. PK9 robimy pierwsi. Zaczyna się burza i ostro zaczyna padać. Zatrzymujemy się na chwilę ubrać kurtkę i ciśniemy dalej. Odżywamy, szczególnie Czita, słońce mu przywaliło i dopiero zaczyna coś jeść, deszcz sprawił nam radość jak małym dzieciom 🙂 Później na GPS widać, że inne zespoły chwilę przystanęły w tym momencie. Na PK10 już mamy jakąś przewagę, tylko jaką, okazało się, że AR jechali innym wariantem niż my i nie mogliśmy się minąć wracając z PK 10. PK 11 szybko siada. Jadać do PK 12 zatrzymujemy się na skrzyżowaniu i słyszę syczenie z roweru Czity, mówię „masz panę”, Czita odwraca rower, ściąga koło, ja wyciągam łyżkę, dętkę. I następuje cisza, okazało się, że syczał bidon 😀 Jedziemy dalej, przed PK 12 czujne ścieżki przy rzece, ale idzie gładko. Z tego PK jest fajna droga rozpędzamy się i ciśniemy do końca, jak się okazał trochę za daleko. Dojeżdżamy do głównej drogi (czerwonej na mapie – zakaz przejazdu), droga, chodnik, rzeka i 60m most. Parzymy na siebie „ tu jest chodnik, tylko 60 m – ale jak zobaczą na GPS, to mogą nas zdyskwalifikować”, robimy nawrót i jedziemy wyznaczonym przejazdem.

(niewiele brakowało 🙂 )

PK 13, z tego PK droga na TA4 to jakaś porażka, przejechać dało się może z 300m (chyba, że ktoś jechał objazdem) reszta to pchanie pod górę, denerwuję mnie to. Może marudzę bo miałem już dość pchania roweru, chyba nikt tego nie lubi 🙂 ) Choć TA4 w ładnym domku na polanie w lesie 🙂

Szybki przepak, makaron, woda, zmiana karty i lecimy. Pani mówi, że może kawki, herbatki, że kiełbasę na ognisku nam robi 🙂 Co mogliśmy zrobić, niestety inni mogli się tu zjawić w każdej chwili (tak się nam wydawało, a nikt nie chciał nam powiedzieć ile mamy przewagi, może dobrze 🙂 ) więc nie było czasu na przyjemności. Zakładamy suche skarpety, komfort przez 10 min, bo i tak było mokro 🙂 Tutaj niektóre ekipy czekała niemiła niespodzianka, organizatorzy nie przywieźli przepaku kilku ekip, w tym goniących nas AR. Chłopaki siedzą tu 15 min dłużej i z pożyczonym sprzętem (a konkretnie obuwiem) lecą dalej, szacun dla nich, że im się chciało, choć wkurw musiał być niezły. PK wchodzą raczej gładko. Tym razem do PK 15 ja przymulam, a powoli zaczynało wychodzić słoneczko i wiedzieliśmy, że trzeba się sprężyć, żeby w nim nie biegać. Pod PK 17 chyba najgorsze podejście z całego rajdu. Jeszcze niewiele brakowało, a byłaby wtopa przy schodzeniu z niego. Kalafiory na stopach już konkretne. Docieramy do TA 5.

Tutaj dowiadujemy się, że mamy większą przewagę, ale bliżej nie wiadomo jaką, że PK 18 jest odwołane i PK na kajakach też. Przed nami 30 km rowerku i 20 km kajaku. Rower który lubimy i raczej nie powinni nas na tym etapie dogonić, tutaj zdałem sobie sprawę, że jak tego nie zwalimy to zwycięstwo jest nasze. Dodaje mi to sił, a że początek jest płaski to ostro suniemy. Przy PK 19 trochę motamy, ale był nico schowany. Górki wydają się coraz większe, pod PK 20 podchodzimy ścieżką przez las, zostawiamy rowery i idziemy na szczyt, szukamy PK, okazało się, że był 5 metrów od naszych rowerów. Przed nami jeszcze tylko ostatnie podejście i szybki zjazd do TA6.

(na kajak i do mety)

Na TA6, bierzemy wodę, żelki i wskakujemy do kajaku. Słońce w całej okazałości, nurtu raczej brak. Taki etap na koniec jest najgorszy, muli nas strasznie. A jeszcze nie wzięliśmy pierwszej mapy bo po co i nawet nie wiemy ile jeszcze. Dopiero jak dopływamy do przeprawy samochodowej gdzie zorientowaliśmy się, odżywamy i zaczynamy sprawnie machać. Przed tamą zostawiamy kajaki i już tylko kawałek delikatnego dobiegu do mety. Meldujemy się na niej po prawie 27 godzinach walki na trasie, jako pierwszy zespół 🙂 Zadowoleni, szczęśliwi, zmęczeni 🙂 Czekają na nas szampan, uściski, Ula – która mówi, że też wygrali na swojej trasie 🙂 Zwycięstwo o tyle cenniejsze, że rajd był trudny, a konkurencja spora.

Organizatorzy wykorzystali ogromne doświadczenie, wiedzą jak powinien wyglądać rajd przygodowy. AT miało element przygody, którego czasami w rajdach przygodowych brakuje. Obowiązkowa pozycja w przyszłym roku 🙂

~Krzysiek

*zdjęcia ze strony organizatorów