Mini Czech Adventure Race 2017

Rajd w Czechach był w naszych planach startowych od początku sezonu. Z opowieści każdego kto tam był słyszałam, że to rajd przygodowy z prawdziwego zdarzenia, przygoda przez duże P, że nawet na trasie MINI 200 km można się solidnie zmęczyć. Miałam okazję się przekonać, że tak w rzeczywistości jest.
Wszystko wskazywało na to, że nasz team musi tam wystartować, bo nawet Krzysiek z Sebą wygrali na Adventure Trophy wpisowe na krótką trasę. Początkowo mieliśmy jechać jako dwa zespoły, MM i MIX, ale ostatecznie pojechałam ja z Krzyśkiem. Dla niego to była już czwarta edycja rajdu, więc doskonale wiedział czego można się spodziewać i jaką taktykę obrać. Na wstępnie wiadomo było, że całej trasy rajdu (ok. 210 km) w limicie 18 godzin nie zrobimy.

Prognozy na kilka dni przed rajdem były fatalne, jedna wielka zlewa cały weekend. Na szczęście im bliżej startu tym zaczynało to wyglądać lepiej. W dniu startu, który był o 22 w piątek, od rana lało, przestało dopiero ok. 20 i na nasze szczęście więcej już nie padało. Na miejsce, do Kokorina, dojechaliśmy o 18.30 i od razu przystąpliśmy do opracowania strategii. Rajd składał się z 7 etapów: BnO – 5 km, rower – 70 km, rolki – 25 km, canoeing – 2km, rower – 70 km, bols cross i trek – 40 km. Założenie było takie – tak pościnać rower i rolki, żeby zdążyć zrobić cały trek, na którym było do zgarnięcia dużo punktów kontrolnych.

( chwila przed starem 🙂 )

Start odbył się punktualnie, wystartowało 27 zespołów. Pierwszy punkt na BnO miał znajdować się u podstawy skały, do której prowadziła od głównej drogi ścieżka, jakieś 150 m. Nie wiedzieć czemu polecieliśmy za wszystkimi dużo, dużo dalej i w rezultacie punt podbiliśmy dopiero po 20 min od startu. Potem poszło już z górki, a właściwie to i z górki i pod górkę, i wspinając się na skałki i zeskakując z nich, trawersując strome zbocza, ślizgając się po błocie. Pierwszy etap zajął nam godzinę.
Dwa pierwsze punkty na rowerze wzięliśmy bez problemu, obydwa były na górkach w lesie, więc nie obyło się bez pchania roweru. Według planu kolejne 3 punkty odpuściliśmy (były znowu w lesie, na górkach, do których prowadziły ścieżki, co do których nie mieliśmy pewności czy będą przejezdne i było ryzyko, że utkniemy tam na dłuższą chwilę, tracąc jakże cenne godziny). Pojechaliśmy więc od razu na PK6 – Punkt widokowy. Na punkt z jednej strony prowadził czerwony szlak pieszy wspinający się długo i stromo na wzniesienie (szlak kończył się na punkcie widokowym), z drugiej strony biegła dołem droga i od niej prostopadle odchodziła ścieżka, która miała prowdzić prosto na punkt. Wybraliśmy drugą opcję zakładając, że przynajmniej przejedziemy część na rowerze, a do samego punktu jakoś się wdrapiemy.

( na szczycie jednej z górek )

Jakież było nasze zdziwienie, gdy nagle ścieżka, którą mieliśmy dotrzeć na punkt się skończyła, a przed nami wyrosła pionowa 30-metrowa ściana. Tak, punkt widokowy był na górze, jakież to wtedy wydało się logiczne. Znaleźliśmy w miarę dogodne miejsce, gdzie mogliśmy się wspiąć na górę i po dłuższej chwilę namierzyliśmy też punkt. Była 3.00, według planu o tej porze mieliśmy być w połowie rolek, a przed nami były jeszcze 2 punkty na rowerze, do przejechania połowa tego co już zrobiliśmy. Podjęliśmy decyzję pojechać jeszcze na PK7 i odpuścić kolejny punkt (PK8), gdzie miał być etap rolkowy i canoeing (PK9-PK11), a także pierwszy punkt z drugiego etapu rowerowego (PK12), skierowaliśmy się od razu na PK13. Kolejne punkty 14, 15 i 16 znajdowały się na solidnych górkach (zamki i punkty widokowe), na które wjeżdżaliśmy o świcie z nowym zapasem energii, który przyszedł wraz z pierwszymi promieniami słońca.

( czas na bols cross )

Po etapie rowerowym, na którym w sumie nakręciliśmy 105 km, wrociliśmy na metę, wzięliśmy szpej i ruszyliśmy na bols cross. Zaczynał się od zjazdu na linie, a potem prowadził w formie toru przeszkód wyznaczonym taśmami w trudnym terenie między skałkami przez ok. 2,5 km (strome podejścia, strome zejścia, trawersy w borówkach, wspinanie na skałkę, zeskakiwanie ze skałki, zjazd na tyłku po błocie, itp.). Może byłoby nawet przyjemne jakby trwało o połowę krócej, całość zajęła nam jednak godzinę.

( Krzyśkowi 40km trek nie sprawia takiej frajdy jak Uli ;P )

Na ostatni etap, trek, który miał mieć ok. 40 km mieliśmy 7 godzin. Wydawało się wystarczająco na pokonanie trasy całego etapu i zebranie 15 punktów. Etap miał 9 punktów na głównej mapie 1:25 000, które znajdowały się w większości na punktach widokowych i zamkach na okolicznych góreczkach oraz 6 punktów w terenie na mapie do bno 1:15 000. Mimo, że utrzymywaliśmy tempo i robiliśmy optymalne warianty przebiegliśmy 40 km,

( było kilka takich fajnych PK )

ale musieliśmy odpuścić 2 punkty z bno i 2 z mapy głównej z obawy przed spóźnieniem na metę. Według regulaminu za każde 15 minut spóźnienia odejmowany był 1 PK. I tak na metę wróciliśmy 45 min przed limitem, z 27 PK, 154 km na liczniku i sumą przewyższeń przeszło 3600 m. Zostaliśmy sklasyfikowani jako 1 zespół MIX, a przed nami były 4 ekipy MM, z czego tylko 2 udało się zrobić całość trasy w limicie.

Bardzo fajny rajd, bardzo dobra organizacja, super atrakcyjny teren. Za rok trzeba spróbować sił na długiej trasie 😛

~Ula