4 Żywioły, czyli 1/2 AT

Kiedy pod koniec zeszłego roku Marcin rozpoczął dyskusję na temat Mistrzostw Polski w rajdach przygodowych, od razu dałem znać ekipie, że będą takie zawody i obowiązkowo się stawiamy. Drogą głosowania padło na Adventure Trophy. Gdy tylko ruszyły zapisy, zgłosiliśmy się. Od tamtego czasu każde zawody były treningiem, nie liczył się wynik tylko kilometry. Tak było i tym razem.

Czita który wrócił z pracy za granicą miał „głód” rajdowania i nie za bardzo chciał słuchać mojej propozycji, razem z Kazikiem zapisali się na trasę AR. Niestety przez defekt roweru, skończyli zawody jeszcze przed południem. Ula ostro trenowała za granicą. Nie za bardzo miałem chęci, żeby szukać kogoś do startu, chciałem zrobić to inaczej. Wymyśliłem, że pojadę na Żywioły na rowerze, tam ogarnę TP50 i powrót rowerkiem. Do końca walczyłem z myślami czy na pewno mi się chcę 🙂 Jednak start w AT jest solidną motywacją.

Ruszam w drogę

Start był o 9.30, założyłem 4h jazdy. Pobudka o 3, śniadanie, mapa i w drogę. Wariant wybrałem nie najkrótszy, omijałem drogi przez las, wybierałem asfalty. Trasa którą wybrałem Żory-Gostyń-Tychy-Mysłowice-Jaworzno-Bukowo-Klucze miała 94km. W tych godzinach na drogach raczej pusto, więc jechało się przyjemnie. Starałem się jechać spokojnie, 50km biegania przede mną, jednak w Hutkach śmignął obok mnie kolarz, nie mogłem tego tak zostawić 🙂 zaraz siadłem mu na koło, trochę przepaliłem nogę.

Paprocany

Na miejscu rower ląduję w biurze i razem z Hanką i Przemkiem kierujemy się na miejsce startu. Z racji tego, że to mój drugi raz na takiej trasie (miałem jedno podejście w Gaszowicach jednak musiałem szybciej skończyć) w założeniu było tylko ukończenie trasy. Przez inne miejsca startu i mety wariat był jeden.

Pierwszy PK blisko, lecę razem z Hanką i Przemkiem, do drugiego lecimy przecinkami, jednak za drogą asfaltową przecinek brak. Hanka z Przemkiem zaczynają się zastanawiać, ja lecę na azymut, tutaj jeszcze leci sporo osób. Następny dwa PK proste przebiegi, na PK14 wybrałem wariant 9-10. PK9 czujny między ścieżkami, przelot na PK 10 słabymi ścieżkami, trochę na kompas. Na PK 10 spotykam kilka osób, w tym Hankę i Przemka. Na przelocie do B2 znowu pada, jak się później okażę jeszcze kilka razy się to powtórzy.

PK 10

Powoli zaczyna się klarować sytuacja personalna 🙂 z kim będę się ścigał, jednak cały czas sobie powtarzam, że bez ciśnienia. PK3 i PK1, tutaj za rzeką kusił wariant przez stadninę, zasugerowałem się innym zawodnikiem i poleciałem za nim, za jakieś 250m jednak pojawiła się kolejna brama i zdecydowałem się wrócić, okazało się to dobrą decyzją, tylko dlaczego od razu tak nie zrobiłem.

W drodze na PK2 zadzwonił Czita, że wracają, chwilę pogadaliśmy, a ja zdążyłem przejść ścieżkę i nadrobiłem kawałek. PK5 skrzyżowanie ścieżki z linią energetyczną, wyskakuję na ścieżkę, widzę linie no i lecę, okazało się, że za daleko :/ Do PK6 trzeba było przejść rzekę i trochę bagien, zbijamy się w grupę i lekko niepewnym krokiem idziemy przez bagna, na PK6 jest kilka osób.

PK 6

Pod górkę nie biegam 😛 i na przelocie do PK7 zostaję z tyłu, liczyłem na sklep, bo miałem smaka na colę, ale nie było mi dane. Przelot do PK8 to ja zrobiłem lepszym wariantem i wszystkich doganiam. Do PK13 dolatuję w czubie, wiedziałem, że przede mną jest na pewno jedna osoba. Do PK 12 startuję pierwszy, mapa trochę nie grała z terenem, pustynia była większa niż na mapie i lecę trochę za daleko. Widzę jak ktoś tnie przez pustynie, zatrzymuję się, namierzam mapę na bunkier i zmieniam wcześniejszy kierunek biegu, dzięki temu PK12 łapie sprawnie, przede mną PK15. Lecę na kompas, w okolicach PK15 szukam rzeki, idę przez chaszcze po pas i widzę ścieżkę, co jest, tu miała być rzeka. Zmieniam nieco kierunek, zatrzymuję się i nasłuchuję płynącej wody, jednak nic z tego. Zaczyna mnie dopadać frustracja, idę dalej i znowu ta drogą, postanawiam ją przejść, jakie było moje zdziwienie kiedy się okazało, że to koryto rzeki. Lecę w prawo jednak coś mi śmigło przed oczami i wracam, to był lampion. Do PK 17 lecę „wyschniętym” korytem, nagle zdziwienie po raz drugi, zaczyna płynąć woda.

Co jest?

Trzeba wyjść i targać na kompas. Zgarniam PK17, ostatni PK 18 wybieram pewne warianty. Ostatni przelot do mety, lecę na pewniaka, bo przecież pamiętam drogę przez fabrykę. Wylatuję koło stawów, po lewej widzę główną drogę, jednak mam w głowie, że gdzieś tu się dało przejść przez tą fabrykę. Latam raz w prawo, raz w lewo, żeby po paru minutach polecieć do drogi głównej, jednak nie pamiętam 🙂 Teraz już tylko prosty przelot, mimo nastawienia oglądam się za siebie 🙂

Meta 🙂

Na metę wpadam na trzecim miejscu, większość trasy mijałem się z innymi, albo biegliśmy w grupie, na pustyni udało mi się urwać parę minut. Zadowolony z czasu i świetnej trasy, która prowadziła głównie terenem, mało było asfaltu. Wciągam posiłek, parę słów z innymi i w drogę, przede mną jeszcze 94km do domu. Motywacji i siło już jakby mniej 🙂 Na żywiołach jestem od samego początku, nie na każdej edycji i na różnych trasach, jednak zawsze kończyłem zawody na pudle 🙂

Mój wariant

Dzień udany, 188km na rowerze i 52km z buta, 240km takie małe przetarcie przed AT. Mam nadzieję, że pomoże wytrzymać trudy które szykują dla nas organizatorzy.

~Krzysiek