Adventure Trophy – ku Przygodzie

Adventure Trophy – rajd przygodowy, 400 km, pieszo, rowerem, na rolkach, z mapą na orientację, od Zakopanego po Kraków. Nasze przygotowania do AT rozpoczęły się w styczniu, w momencie kiedy zapisaliśmy się na zawody. Mieliśmy więc dużo czasu, żeby się odpowiednio przygotować, treningi w zdecydowanej większości były indywidualne, każdy trenował ile umiał i jak uważał za słuszne. Nikt z nas wcześniej nie startował w tak długim rajdzie, dlatego było dużo niewiadomych, nie tylko związanych z logistyką, ale też z tym jak zachowamy się podczas takiego wysiłku, jak zniesie to nasz organizm.

Z lekką niepewnością, a zarazem przeświadczeniem o tym, że zrobiliśmy co się dało i że jesteśmy dobrze przygotowani ruszamy na trasę Adventure Trophy. Na starcie międzynarodowe towarzystwo, ekipy z Estonii, Finlandii, Ukrainy, Hiszpanii oraz Polski, mobilizują nas jeszcze bardziej.

Pewni swego 🙂

Zawody zaczynamy z małym poślizgiem, ale udaję się wszystko ogarnąć. Na początek zawodów prolog po mieście którego wyniki będą rzutowały na start właściwy dnia następnego. Doszliśmy do wniosku, że robimy to bez spiny, że nie opłaca się wypluwać płuc by zyskać parę minut. Odbieramy mapę i startujemy, kolejność zaliczania PK dowolna, a wariantów kilka, ale spokojnie robimy swoje. Prolog kończymy na 8 miejscu co oznacza, że będziemy startować 21min za pierwszym zespołem. Po prologu odprawa, pakowanie przepaków i ostatnia szansa, żeby się trochę wyspać, następna będzie dopiero za parę dni 🙂

Rano wcześnie musimy wstać, o 5.30 organizatorzy wywożą nas na miejsce startu, a dokładnie – parking Morskie Oko – Palenica Białczańska. Mapy dostajemy dopiero parę minut przed startem, dlatego dokładnie nie wiemy co nas czeka.

Pewne jest tylko, że pierwszy etap będzie po Tatrach, już na początku otrzymujemy informację, że z powodu opadów deszczu zmieniona zostaję trasa. PK tak ustawione, że wariant jest tylko jeden. Najpierw Murowaniec, po drodze strumienie do kostek zamieniły się w rwące potoki, trzeba było ostrożnie się przeprawiać – przygoda 😀

Kasprowy, mi nie jest do śmiechu

Następnie Kasprowy, tutaj mnie przytkało i trochę odstaję od ekipy. Myślałem, że jestem dobrze przygotowany na góry tylko, że na takiej wysokości ostatnio byłem parę lat temu. Męczę się strasznie, wkurzają mnie nawet Hiszpanie którzy przykleili się do naszych pleców. Teraz spacer granią, najgorszy odcinek dla mnie, cały czas pada i ostro wieje.

Targamy dalej, stąd już na dół

Byle do Kondrackiej Kopy później na szczęście zaczynamy schodzenie, choć nie zawsze łatwe bo szlaki pozamieniały się w górskie potoki. Po drodze na PK6 doganiamy zespół z Ukrainy i praktycznie do końca etapu targamy razem. Przed PK8 mamy w zasięgu wzroku Finów, ale nie spinamy się. Na pierwszej strefie zmian meldujemy się na 4 pozycji ! Nie do końca ogarniamy jak się nam to udało, ale nie marudzimy 🙂

Zmiana butów na rolki, organizatorzy znaleźli świetną trasę na rolki, a my lubimy rolki 😀 Robimy „pociąg” i śmigamy. Jedzie się szybko i przyjemnie, nie ma za dużo patrzenia na mapę. Etap ten jest przedzielony trekingiem, „dziurą” w ścieżce rowerowej. Pierwszy PK na trasie, przed drugim przejeżdżamy obok rzeki i widzimy jaki wysoki poziom wody był niedawno, ścieżka na brzegu zamulona, ale widać ślady innych. Drugi PK w malowniczym miejscu, dojście kilkadziesiąt metrów drewnianym podestem nad leśnymi mokradłami. Kawałek rolko-treku po mokradłach, wody wszędzie pełno, mamy taki mały spacerek. Następnie już tylko prosty przelot do końca etapu.

Następny etap to treking, organizatorzy dokładają nam 2 PK które zabrali wcześniej 🙂 Przychodzi noc i na tym etapie nawigacja jest czujna. Fajnie jest to, że cały czas mijamy się z innymi ekipami, że mimo upływających godzin, czuć ducha rywalizacji 🙂 PK w większości ulokowane na szczytach albo w strumieniach, nie ma prostych ścieżek do nich. Mało biegamy, więcej hasamy po krzakach. Dobrą nawigacją odrabiamy trochę do czołówki, gdy przychodzimy na TA widzimy odjeżdżającą ekipę Irka. Jednak marnujemy tutaj 2 godziny, na niezorganizowany przepak, trochę szkoda, że nie wykorzystaliśmy tego czasu na drzemkę. Składamy rowery i w drogę, kierujemy się na pierwsze ZS.

Dobra robota !!!

Wspinaczka, via-ferrata i bonus – rundka po faworkach z workiem pełnym kamieni. Długi zjazd do następnego PK, a dalej długie podejście na Lubań. Zaczęło ostro padać i zrobiło się chłodno, na szczęście koło PK jest pole namiotowe, gdzie wolontariat pełnią studenci i wprosiliśmy się do nich na ciepłą kawę 🙂

Jak przyjemnie, a czas ucieka 🙂

Od razu lepiej 🙂 Przed nami jeszcze parę górek, Magurki, Turbacz. Na Magurki mamy pierwszą drzemkę. Na Turbaczu robimy małą przerwę na pomidorówkę i frytki z colą 😀

Uśmiechnięci, bo pomidorówka na nas czeka 😀

Uciekają nam inne zespoły, ale bez ciśnienia. Stąd długi przelot do TA6, gdzie czeka na nas bno, dzień się powoli kończy i staramy się zdążyć tam za dnia, BNO niby 2km, najlepszym zajmuję 40min, nam ok. 60min, co jest dobrym wynikiem, mieliśmy motywację, żeby zrobić to lepiej niż Gimcity 😀

Przed nami kolejny rower, jednak organizatorzy oświadczyli nam, że wszystkie PK są anulowane, że mamy jechać prosto do następnego TA. Tak też robimy, tutaj ogarniamy sprawnie przepak i na godzinkę idziemy spać. Wstaję trochę nie swój i taki wychodzę na trek. Ja jestem nawigatorem w naszej ekipie, na pierwszym PK jeszcze nie ogarniam i tracimy ok 40min na szukanie go. Parę ciepłych słów ze strony ekipy i reszta siada czysto 😉 AR Team Ukraina odchodzi nam na tym PK, jednak doganiamy ich na następnym. Cały czas mijamy się z nimi. Pod koniec etapu jest ZS, podzielone na dwie części, jedna to wąska jaskinia – labirynt, a druga to liny.

Końcówka ostatniego treka, a my jak sarenki 😉

Ostatnie 2 PK do końca etapu, który zlokalizowany jest w Beskidzkim Raju. Po przybyciu ZS, wejście na wieżę widokową i dopiero teraz możemy coś zjeść i zacząć się ogarniać. Tutaj idzie nam sprawnie i w pełnym słońcu ruszamy na ostatni długi etap rowerowy.

Pierwszy PK wybieramy wariant najkrótszy, było trochę pchania, ale jak się później okazało był to wariant najszybszy 🙂 Powoli wyjeżdżamy z lasu i śmigamy po asfalcie, teraz to jest etap rowerowy 🙂 Łapiemy kolejne PK, meta coraz bliżej i widać coraz więcej ekip. Przychodzi noc i zaczynamy etap rjno. Łapie nas zmęczenie, a w dodatku źle namierzam jeden z PK, skupiam się tylko na mapie, żeby sprawnie nas stąd wyprowadzić. Pod koniec etapu mamy kryzys i dłuższą przerwę. Kilometrów jeszcze trochę, a czasu coraz mniej. Spinamy łydę i ciśniemy dalej, 1PK i „krótkie” BNO. Niby 6km, jednak teren jest trudny. Pamiętam niektóre jary z zeszłorocznego Wawel Cup. Zaczynamy ten etap po ciemku, a kończymy po jasnemu. Do łatwych nie należał. Ostatnie dwa PK przed nami, po drodze i raczej łatwe. Końcówka to obowiązkowy przejazd wzdłuż Wisły i Meta, na której meldujemy się po 71:10h na trasie, nie wiele nam zostało do limitu.

Miło było na mecie i później po powrocie, posłuchać od innych, że bacznie obserwowali nasze poczynania, że trzymali za nas kciuki 🙂 Nie wszystko poszło tak jakbyśmy chcieli, ale każdy z nas włożył w tą przygodę ile umiał. Dziesiątki godzin na treningach, opracowywaniu logistyki i podczas samych zawodów. Przekonaliśmy się jak zachowuję się nasz organizm, zobaczyliśmy co jeszcze należy poprawić. Niesamowita przygoda, na pewno nie ostatnia.  W przyszłym roku AT ma być Mistrzostwami Europy, pora już zacząć trening 😀

~Krzysiek

~zdjęcia ze strony organizatorów