Loading

Posts by krzyman

Czeski rajd, słodko-gorzki.

Nasz udział w miniCZAR miał słodko-gorzki smak. Słodki, bo po kilku latach w końcu udało się ukończyć zawody z kompletem PK i ostatecznie uplasowaliśmy się na 4 miejscu MM. Gorzki bo skumulowało się kilka błędów i pechowych sytuacji które nie pozwoliły nam na walkę o więcej. Z jednej strony może i lepiej, że wszystko przytrafiło się na jednym rajdzie, może na następnych się to nie powtórzy, z drugiej jednak, szkoda akurat tego rajdu.

Plan był, żeby powalczyć z naszymi, z Team 360, jednak szybko nastąpiła weryfikacja. Już na pierwszym etapie z PK2 do PK3 wybraliśmy zły wariant i straciliśmy z 10min. Wracając do bazy mijamy ekipy na rowerach, trochę poddenerwowani nie podbijamy PK w bazie. Oczywiście zdążyliśmy już przejechać kawałek na rowerach i musimy się wracać – kolejne 10min straty. Motywacja leci w dół, na szczęście na początku roweru jadą z nami Konwalie, wiadomo jak to jest 😀 Dalej robimy swoje i powoli wyprzedzamy kolejne ekipy.

Na przepaku widzimy Team360 jest tylko o ZS na linach do przodu,, nie ma źle. Sprawnie się ogarniamy i lecimy na ZS, a dalej na bno. Idzie dobrze, aż do czasu kiedy Czita wpadł do dziury i skręcił kostkę. Zapadła cisza, wiedziałem co może oznaczać – koniec zawodów. Jednak wyciągam bandaż i Czita owija kostkę, idziemy do przodu. Po zgarnięciu wszystkich PK poprawka opatrunku. Znowu czas ucieka, ale Seba zagryza zęby i lecimy dalej. Na bolscrosie mijamy chłopaków, mamy 30min straty, ciężko będzie. Gdy kończymy bolscrosa widzimy Polską ekipę Salomon, wiedząc, że są zaraz za nami tempo do następnego PK jest dość szybkie, żeby nas nie wyprzedzili 🙂 Udaje się nam i do końca etapu jesteśmy przed nimi. Siadamy na rower, na początku jedziemy pod wiatr. Mapę mamy z zaznaczonymi szlakami, a że mają dużo szlaków rowerowych to korzystamy z nich. Idzie dobrze, ale za PK 26 awaria. Pęka mi śruba od siodełka (powtórka z Rajdu w Gliwicach, chyba mam za ciężką dupę 😉 ) i zaczynamy kombinować. Próbujemy coś połatać z plastra i smyczy, ale nic to nie daję, jedziemy. Przy pierwszym gospodarstwie widzimy gościa i pytamy go o śrubę, śrubę ma ale narzędzi nie. A w zacisku od siodełka został kawałek śruby i nie szło po prostu przykręcić nowej. Jedziemy dalej, ale jest to to płaski rajd i ciężko jedzie się na stojąco, po kilku próbach naprawienia tego, zatrzymujemy się na dłużej. Przy pomocy kostki chodnikowej i imbusów udaję nam się wywalić zakleszczony kawałek śruby, jednak teraz okazuję się, że ta którą mamy jest za krótka. Niedaleko jest gospodarstwo, Czita tam poleciał i przyniósł nową. Udaje nam się to poskręcać i możemy jechać dalej. Straciliśmy ok. 1.5h na walkę z tym, teraz zastanawiamy się czy zmieścimy się w limicie. Zakładamy, że potrzebujemy 3h na ostatni etap bno. Udaję się nam zrealizować plan i mamy 3h na zaliczenie 12km w niełatwym terenie. Ogarniamy etap w 2,5 h i meldujemy się na mecie z kompletem PK. Niewiele brakowało, a wyprzedził by nas zespół żeński !!!

Jakby nie było, pierwsze miejsce i tak było poza naszym zasięgiem, generalnie to wygrał MIX, zaraz za nimi MM, „wsadzili” nam 4 godziny, na 160km trasie !!! Pokazuję to jaki u naszych sąsiadów jest poziom. Startujemy u Nas i cieszymy się, że walczymy o zwycięstwo, a pojedziemy tam i nawet nie liźniemy puda 🙂 (Igor z Piotrkiem załapali się na 2 miejsce MM).

Rajd należy do moich ulubionych, Czesi mają trochę inne podejście do przygody, które mi bardzo odpowiada, nie patyczkują się tak z uczestnikami jak robimy tu u nas. Tereny zawsze mają wymagające, a lokalizację PK w świetnych miejscach. Rajd który gorąco polecam.

~Krzysiek

Adventure Trophy – ku Przygodzie

Adventure Trophy – rajd przygodowy, 400 km, pieszo, rowerem, na rolkach, z mapą na orientację, od Zakopanego po Kraków. Nasze przygotowania do AT rozpoczęły się w styczniu, w momencie kiedy zapisaliśmy się na zawody. Mieliśmy więc dużo czasu, żeby się odpowiednio przygotować, treningi w zdecydowanej większości były indywidualne, każdy trenował ile umiał i jak uważał za słuszne. Nikt z nas wcześniej nie startował w tak długim rajdzie, dlatego było dużo niewiadomych, nie tylko związanych z logistyką, ale też z tym jak zachowamy się podczas takiego wysiłku, jak zniesie to nasz organizm.

Z lekką niepewnością, a zarazem przeświadczeniem o tym, że zrobiliśmy co się dało i że jesteśmy dobrze przygotowani ruszamy na trasę Adventure Trophy. Na starcie międzynarodowe towarzystwo, ekipy z Estonii, Finlandii, Ukrainy, Hiszpanii oraz Polski, mobilizują nas jeszcze bardziej.

Pewni swego 🙂

Zawody zaczynamy z małym poślizgiem, ale udaję się wszystko ogarnąć. Na początek zawodów prolog po mieście którego wyniki będą rzutowały na start właściwy dnia następnego. Doszliśmy do wniosku, że robimy to bez spiny, że nie opłaca się wypluwać płuc by zyskać parę minut. Odbieramy mapę i startujemy, kolejność zaliczania PK dowolna, a wariantów kilka, ale spokojnie robimy swoje. Prolog kończymy na 8 miejscu co oznacza, że będziemy startować 21min za pierwszym zespołem. Po prologu odprawa, pakowanie przepaków i ostatnia szansa, żeby się trochę wyspać, następna będzie dopiero za parę dni 🙂

Rano wcześnie musimy wstać, o 5.30 organizatorzy wywożą nas na miejsce startu, a dokładnie – parking Morskie Oko – Palenica Białczańska. Mapy dostajemy dopiero parę minut przed startem, dlatego dokładnie nie wiemy co nas czeka.

Pewne jest tylko, że pierwszy etap będzie po Tatrach, już na początku otrzymujemy informację, że z powodu opadów deszczu zmieniona zostaję trasa. PK tak ustawione, że wariant jest tylko jeden. Najpierw Murowaniec, po drodze strumienie do kostek zamieniły się w rwące potoki, trzeba było ostrożnie się przeprawiać – przygoda 😀

Kasprowy, mi nie jest do śmiechu

Następnie Kasprowy, tutaj mnie przytkało i trochę odstaję od ekipy. Myślałem, że jestem dobrze przygotowany na góry tylko, że na takiej wysokości ostatnio byłem parę lat temu. Męczę się strasznie, wkurzają mnie nawet Hiszpanie którzy przykleili się do naszych pleców. Teraz spacer granią, najgorszy odcinek dla mnie, cały czas pada i ostro wieje.

Targamy dalej, stąd już na dół

Byle do Kondrackiej Kopy później na szczęście zaczynamy schodzenie, choć nie zawsze łatwe bo szlaki pozamieniały się w górskie potoki. Po drodze na PK6 doganiamy zespół z Ukrainy i praktycznie do końca etapu targamy razem. Przed PK8 mamy w zasięgu wzroku Finów, ale nie spinamy się. Na pierwszej strefie zmian meldujemy się na 4 pozycji ! Nie do końca ogarniamy jak się nam to udało, ale nie marudzimy 🙂

Zmiana butów na rolki, organizatorzy znaleźli świetną trasę na rolki, a my lubimy rolki 😀 Robimy „pociąg” i śmigamy. Jedzie się szybko i przyjemnie, nie ma za dużo patrzenia na mapę. Etap ten jest przedzielony trekingiem, „dziurą” w ścieżce rowerowej. Pierwszy PK na trasie, przed drugim przejeżdżamy obok rzeki i widzimy jaki wysoki poziom wody był niedawno, ścieżka na brzegu zamulona, ale widać ślady innych. Drugi PK w malowniczym miejscu, dojście kilkadziesiąt metrów drewnianym podestem nad leśnymi mokradłami. Kawałek rolko-treku po mokradłach, wody wszędzie pełno, mamy taki mały spacerek. Następnie już tylko prosty przelot do końca etapu.

Następny etap to treking, organizatorzy dokładają nam 2 PK które zabrali wcześniej 🙂 Przychodzi noc i na tym etapie nawigacja jest czujna. Fajnie jest to, że cały czas mijamy się z innymi ekipami, że mimo upływających godzin, czuć ducha rywalizacji 🙂 PK w większości ulokowane na szczytach albo w strumieniach, nie ma prostych ścieżek do nich. Mało biegamy, więcej hasamy po krzakach. Dobrą nawigacją odrabiamy trochę do czołówki, gdy przychodzimy na TA widzimy odjeżdżającą ekipę Irka. Jednak marnujemy tutaj 2 godziny, na niezorganizowany przepak, trochę szkoda, że nie wykorzystaliśmy tego czasu na drzemkę. Składamy rowery i w drogę, kierujemy się na pierwsze ZS.

Dobra robota !!!

Wspinaczka, via-ferrata i bonus – rundka po faworkach z workiem pełnym kamieni. Długi zjazd do następnego PK, a dalej długie podejście na Lubań. Zaczęło ostro padać i zrobiło się chłodno, na szczęście koło PK jest pole namiotowe, gdzie wolontariat pełnią studenci i wprosiliśmy się do nich na ciepłą kawę 🙂

Jak przyjemnie, a czas ucieka 🙂

Od razu lepiej 🙂 Przed nami jeszcze parę górek, Magurki, Turbacz. Na Magurki mamy pierwszą drzemkę. Na Turbaczu robimy małą przerwę na pomidorówkę i frytki z colą 😀

Uśmiechnięci, bo pomidorówka na nas czeka 😀

Uciekają nam inne zespoły, ale bez ciśnienia. Stąd długi przelot do TA6, gdzie czeka na nas bno, dzień się powoli kończy i staramy się zdążyć tam za dnia, BNO niby 2km, najlepszym zajmuję 40min, nam ok. 60min, co jest dobrym wynikiem, mieliśmy motywację, żeby zrobić to lepiej niż Gimcity 😀

Przed nami kolejny rower, jednak organizatorzy oświadczyli nam, że wszystkie PK są anulowane, że mamy jechać prosto do następnego TA. Tak też robimy, tutaj ogarniamy sprawnie przepak i na godzinkę idziemy spać. Wstaję trochę nie swój i taki wychodzę na trek. Ja jestem nawigatorem w naszej ekipie, na pierwszym PK jeszcze nie ogarniam i tracimy ok 40min na szukanie go. Parę ciepłych słów ze strony ekipy i reszta siada czysto 😉 AR Team Ukraina odchodzi nam na tym PK, jednak doganiamy ich na następnym. Cały czas mijamy się z nimi. Pod koniec etapu jest ZS, podzielone na dwie części, jedna to wąska jaskinia – labirynt, a druga to liny.

Końcówka ostatniego treka, a my jak sarenki 😉

Ostatnie 2 PK do końca etapu, który zlokalizowany jest w Beskidzkim Raju. Po przybyciu ZS, wejście na wieżę widokową i dopiero teraz możemy coś zjeść i zacząć się ogarniać. Tutaj idzie nam sprawnie i w pełnym słońcu ruszamy na ostatni długi etap rowerowy.

Pierwszy PK wybieramy wariant najkrótszy, było trochę pchania, ale jak się później okazało był to wariant najszybszy 🙂 Powoli wyjeżdżamy z lasu i śmigamy po asfalcie, teraz to jest etap rowerowy 🙂 Łapiemy kolejne PK, meta coraz bliżej i widać coraz więcej ekip. Przychodzi noc i zaczynamy etap rjno. Łapie nas zmęczenie, a w dodatku źle namierzam jeden z PK, skupiam się tylko na mapie, żeby sprawnie nas stąd wyprowadzić. Pod koniec etapu mamy kryzys i dłuższą przerwę. Kilometrów jeszcze trochę, a czasu coraz mniej. Spinamy łydę i ciśniemy dalej, 1PK i „krótkie” BNO. Niby 6km, jednak teren jest trudny. Pamiętam niektóre jary z zeszłorocznego Wawel Cup. Zaczynamy ten etap po ciemku, a kończymy po jasnemu. Do łatwych nie należał. Ostatnie dwa PK przed nami, po drodze i raczej łatwe. Końcówka to obowiązkowy przejazd wzdłuż Wisły i Meta, na której meldujemy się po 71:10h na trasie, nie wiele nam zostało do limitu.

Miło było na mecie i później po powrocie, posłuchać od innych, że bacznie obserwowali nasze poczynania, że trzymali za nas kciuki 🙂 Nie wszystko poszło tak jakbyśmy chcieli, ale każdy z nas włożył w tą przygodę ile umiał. Dziesiątki godzin na treningach, opracowywaniu logistyki i podczas samych zawodów. Przekonaliśmy się jak zachowuję się nasz organizm, zobaczyliśmy co jeszcze należy poprawić. Niesamowita przygoda, na pewno nie ostatnia.  W przyszłym roku AT ma być Mistrzostwami Europy, pora już zacząć trening 😀

~Krzysiek

~zdjęcia ze strony organizatorów

4 Żywioły, czyli 1/2 AT

Kiedy pod koniec zeszłego roku Marcin rozpoczął dyskusję na temat Mistrzostw Polski w rajdach przygodowych, od razu dałem znać ekipie, że będą takie zawody i obowiązkowo się stawiamy. Drogą głosowania padło na Adventure Trophy. Gdy tylko ruszyły zapisy, zgłosiliśmy się. Od tamtego czasu każde zawody były treningiem, nie liczył się wynik tylko kilometry. Tak było i tym razem.

Czita który wrócił z pracy za granicą miał „głód” rajdowania i nie za bardzo chciał słuchać mojej propozycji, razem z Kazikiem zapisali się na trasę AR. Niestety przez defekt roweru, skończyli zawody jeszcze przed południem. Ula ostro trenowała za granicą. Nie za bardzo miałem chęci, żeby szukać kogoś do startu, chciałem zrobić to inaczej. Wymyśliłem, że pojadę na Żywioły na rowerze, tam ogarnę TP50 i powrót rowerkiem. Do końca walczyłem z myślami czy na pewno mi się chcę 🙂 Jednak start w AT jest solidną motywacją.

Ruszam w drogę

Start był o 9.30, założyłem 4h jazdy. Pobudka o 3, śniadanie, mapa i w drogę. Wariant wybrałem nie najkrótszy, omijałem drogi przez las, wybierałem asfalty. Trasa którą wybrałem Żory-Gostyń-Tychy-Mysłowice-Jaworzno-Bukowo-Klucze miała 94km. W tych godzinach na drogach raczej pusto, więc jechało się przyjemnie. Starałem się jechać spokojnie, 50km biegania przede mną, jednak w Hutkach śmignął obok mnie kolarz, nie mogłem tego tak zostawić 🙂 zaraz siadłem mu na koło, trochę przepaliłem nogę.

Paprocany

Na miejscu rower ląduję w biurze i razem z Hanką i Przemkiem kierujemy się na miejsce startu. Z racji tego, że to mój drugi raz na takiej trasie (miałem jedno podejście w Gaszowicach jednak musiałem szybciej skończyć) w założeniu było tylko ukończenie trasy. Przez inne miejsca startu i mety wariat był jeden.

Pierwszy PK blisko, lecę razem z Hanką i Przemkiem, do drugiego lecimy przecinkami, jednak za drogą asfaltową przecinek brak. Hanka z Przemkiem zaczynają się zastanawiać, ja lecę na azymut, tutaj jeszcze leci sporo osób. Następny dwa PK proste przebiegi, na PK14 wybrałem wariant 9-10. PK9 czujny między ścieżkami, przelot na PK 10 słabymi ścieżkami, trochę na kompas. Na PK 10 spotykam kilka osób, w tym Hankę i Przemka. Na przelocie do B2 znowu pada, jak się później okażę jeszcze kilka razy się to powtórzy.

PK 10

Powoli zaczyna się klarować sytuacja personalna 🙂 z kim będę się ścigał, jednak cały czas sobie powtarzam, że bez ciśnienia. PK3 i PK1, tutaj za rzeką kusił wariant przez stadninę, zasugerowałem się innym zawodnikiem i poleciałem za nim, za jakieś 250m jednak pojawiła się kolejna brama i zdecydowałem się wrócić, okazało się to dobrą decyzją, tylko dlaczego od razu tak nie zrobiłem.

W drodze na PK2 zadzwonił Czita, że wracają, chwilę pogadaliśmy, a ja zdążyłem przejść ścieżkę i nadrobiłem kawałek. PK5 skrzyżowanie ścieżki z linią energetyczną, wyskakuję na ścieżkę, widzę linie no i lecę, okazało się, że za daleko :/ Do PK6 trzeba było przejść rzekę i trochę bagien, zbijamy się w grupę i lekko niepewnym krokiem idziemy przez bagna, na PK6 jest kilka osób.

PK 6

Pod górkę nie biegam 😛 i na przelocie do PK7 zostaję z tyłu, liczyłem na sklep, bo miałem smaka na colę, ale nie było mi dane. Przelot do PK8 to ja zrobiłem lepszym wariantem i wszystkich doganiam. Do PK13 dolatuję w czubie, wiedziałem, że przede mną jest na pewno jedna osoba. Do PK 12 startuję pierwszy, mapa trochę nie grała z terenem, pustynia była większa niż na mapie i lecę trochę za daleko. Widzę jak ktoś tnie przez pustynie, zatrzymuję się, namierzam mapę na bunkier i zmieniam wcześniejszy kierunek biegu, dzięki temu PK12 łapie sprawnie, przede mną PK15. Lecę na kompas, w okolicach PK15 szukam rzeki, idę przez chaszcze po pas i widzę ścieżkę, co jest, tu miała być rzeka. Zmieniam nieco kierunek, zatrzymuję się i nasłuchuję płynącej wody, jednak nic z tego. Zaczyna mnie dopadać frustracja, idę dalej i znowu ta drogą, postanawiam ją przejść, jakie było moje zdziwienie kiedy się okazało, że to koryto rzeki. Lecę w prawo jednak coś mi śmigło przed oczami i wracam, to był lampion. Do PK 17 lecę „wyschniętym” korytem, nagle zdziwienie po raz drugi, zaczyna płynąć woda.

Co jest?

Trzeba wyjść i targać na kompas. Zgarniam PK17, ostatni PK 18 wybieram pewne warianty. Ostatni przelot do mety, lecę na pewniaka, bo przecież pamiętam drogę przez fabrykę. Wylatuję koło stawów, po lewej widzę główną drogę, jednak mam w głowie, że gdzieś tu się dało przejść przez tą fabrykę. Latam raz w prawo, raz w lewo, żeby po paru minutach polecieć do drogi głównej, jednak nie pamiętam 🙂 Teraz już tylko prosty przelot, mimo nastawienia oglądam się za siebie 🙂

Meta 🙂

Na metę wpadam na trzecim miejscu, większość trasy mijałem się z innymi, albo biegliśmy w grupie, na pustyni udało mi się urwać parę minut. Zadowolony z czasu i świetnej trasy, która prowadziła głównie terenem, mało było asfaltu. Wciągam posiłek, parę słów z innymi i w drogę, przede mną jeszcze 94km do domu. Motywacji i siło już jakby mniej 🙂 Na żywiołach jestem od samego początku, nie na każdej edycji i na różnych trasach, jednak zawsze kończyłem zawody na pudle 🙂

Mój wariant

Dzień udany, 188km na rowerze i 52km z buta, 240km takie małe przetarcie przed AT. Mam nadzieję, że pomoże wytrzymać trudy które szykują dla nas organizatorzy.

~Krzysiek

KoRNO – Zendek

Zimowe KoRNO 2017 odbyło się na terenach sąsiadujących z Portem Lotniczym Pyrzowice. Baza rajdu znajdowała się w miejscowości Zendek. Nie mogłem odpuścić, chyba ostatniej w tym roku, okazji do wzięcia udziału w zawodach na orientację. Kolejnym powodem była nieduża odległość od mojego miejsca zamieszkania. Zawody były rozgrywane na czterech trasach o różnych długościach. Dwóch rowerowych (TR 80 KM, TR40 KM) oraz pieszych (TP 40 KM, TP 15 KM).

Postanowiłem wziąć udział w trasie pieszej na dystansie 40 kilometrów. Ten sam dystans postanowiło wybrać kilka ,,znanych nazwisk”. Zapisał się także klubowy kolega Czita. Cieszyłem się, że będzie się z kim ścigać.

Zawody zaczęły się krótką odprawą o godzinie 7.55. Najważniejszą informacją był brak jednego punktu kontrolnego (PK) na mapie. Organizator postanowił, że zawodnicy muszą odnaleźć go sami na podstawie wskazówki, która znajdowała się na mapie. Potem dostaliśmy mapy w skali 1:50 000 na której zaznaczonych było 14 PK z opisami i wskazówką do ,,ukrytego” PK.

Start nastąpił na dźwięk szkolnego dzwonka o godzinie 8.05. Po chwili zawahania, jaki wariant wybrać, postanowiłem pobiec na południe. Okazało się, że Czita z którym przyjechałem, wybrał ten sam wariant. ,,Zatem biegniemy razem” – pomyślałem. Pierwszy punkt na trasie oznaczony PK 17 wszedł łatwo. Podbiliśmy PK i postanowiliśmy z Czitą biec dalej razem w kierunku ukrytego punktu PK1. Jednak po paru minutach uznaliśmy, że lepiej jest zabrać po drodze PK 16, a potem biec do jedynki. Przez to zawahanie nadrobiliśmy trochę drogi, zamiast wcześniej od razu kierować się z PK 17 do PK 16.

Biegliśmy dalej w kierunku PK 16. Tempo było szybkie. Po paru minutach pomyślałem: ,,za szybkie”. Byłem z przodu. Odwracam się do Czity. Czity nie ma za mną. Nie wiem gdzie się stracił. Pomyślałem: ,,chce biec swoim wariantem. Słusznie.” Biegłem dalej już sam. Chwila rozkojarzenia kosztowała mnie tym co zawsze. Straciłem orientację gdzie jestem. Wpadłem w jakieś zabudowania. Porównywałem z mapą. Boisko na mapie. Boisko przede mną. ,,Chyba jestem tutaj”. Biegłem w stronę boiska. ,,Ale po co biegnę w stronę boiska jeżeli PK 16 jest na wschód, a boisko na południe”. Po paru minutach rozkojarzenia wróciłem na ,,właściwe tory”. Waliłem na PK 16. Mijałem po drodze dziewczynę którą minąłem już wcześniej. ,,No ładnie, myślę. Nieważne”. Patrzyłem na mapę. Droga do najbliższego PK była prosta jak drut. Nie było się gdzie zgubić. ,,Co dalej?”. Kombinowałem. Miała być jedynka, ale wpadłem na szatański pomysł. ,,Wariant Alternatywny”, jak go nazwałem potem.

Biegłem na PK 8, potem PK 19 i dopiero PK 1. PK 8 wchodzi gładko. Cisnąłem na PK 19. Co jakiś czas mijałem rowerzystów z trasy TR 80 KM. Dziewiętnastka wydawała się prosta. Nie dla mnie. Jakieś 500 metrów przed punktem wybrałem opcję ,,ścinam na przełaj”. Po pięciu minutach wiedziałem już, że to był zły pomysł. Punktu nie było. Nie było żadnej ścieżki. Pobiegłem dalej dopóki znalazłem ścieżkę, a tą ścieżką w kierunku południowo-zachodnim. Po chwili był PK 19.,, Zakręcone drzewo”. Ale to raczej ja byłem zakręcony, a nie to drzewo. Znowu straciłem parę minut.

Lecę dalej na punkt którego nie ma. Wskazówka prosta: ,,W Południowej części mapy odnajdź Pękniętą Ramę, a w niej kapliczkę. Z kapliczki wykreśl na wprost na południe 1350 metrów. Gdy to uczynisz, zrób to samo na zachód. Jeśli dobrze wykonałeś zadanie jesteś na PK 1 – Bunkrze.” Wariant był prosty. Biegłem prawie cały czas wzdłuż torów. Po drodze spotkałem zdziwionego Piotrka M. który zapytał mnie co ja robię biegnąc w złym kierunku. Bez namysłu wypaliłem: ,,wariant alternatywny”. Ukryta jedynka przy bunkrze weszła dość gładko. Z PK 1 nie miałem już wyboru innego wariantu niż biec na PK 7. Biegłem i zaliczałem gładko kolejne PK w kolejności 7, 5, 6, 23. Na PK 23 Dopadłem Czitę który mnie wyprzedził i Arka D, którzy przez jakiś czas biegli ,,razem”. Włączył się element bezpośredniej rywalizacji. Z PK 23 pobiegłem na PK 24. Oni zaliczyli punkt wcześniej i biegli od razu na PK 12. Jakieś 100 metrów przed PK 12 minąłem Arka D. Czity nie było. Byli blisko. Dopadłem dwunastkę i znowu popełniłem błąd. Wybrałem wariant na przełaj do PK 27. Myślałem, że ich przegonię a tylko straciłem czas i siły. Las był słabo przebieżny i poprzecinany rowami. Wpadłem w końcu na drogę leśną (prawie autostradę). Przed sobą ledwo widziałem Arka D. Czita był za mną. PK 27 wszedł gładko. Do PK 4 było blisko. Tuż przed PK 4 ,,na skraju lasu”, był szeroki rów z wodą. Nie chciałem się moczyć. Zawróciłem szukać suchego przejścia. Znalazłem gdy Arek D. przeskakiwał rów. Po chwili znalazłem czwórkę. Do mety zostały dwa punkty PK 28 i PK 15. Wiedziałem, że Czita mnie nie dogoni, a ja nie dam rady przegonić Arka D. Ostatnie punkty wydawały się proste, a ja straciłem cenne sekundy bo nie chciałem moczyć stóp. Bez problemów ,,łyknąłem” ostatnie PK. Z ostatniego punktu zostało niecałe pół kilometra do mety. Biegłem spokojnym tempem, a tuż przed bazą zobaczyłem Łukasza B. który mi pomachał i wpadł na metę pół minuty przede mną.

Przebiegłem 36 km z czasem około 3h28m. Optymalny wariant wg Orgów miał 32 km. Wariant zwycięzcy to niecałe 32 km.

Ostatecznie zająłem trzecie miejsce z którego jestem zadowolony. Czita był czwarty.

Nawigacja na zimowym KoRNO nie była wymagająca. Dystans optymalny różnił się od zapowiadanych 40 km. Teren płaski, głównie porośnięty lasami. Pogoda była wyjątkowo sprzyjająca do biegania. Temperatura wynosiła około 1 stopnia i było prawie bezwietrznie. Ziemia na polach była wystarczająco zmrożona i twarda. Warunki prawie idealne.

Dziękuję Organizatorom za fajne zawody i współzawodnikom za rywalizację.

Poniżej podium TP 40:

1 Extreme

64

Dziewior Arkadiusz M Dziewiorek Gliwice 03:24:55 15
2 Extreme

123

Bluza lukasz M katowice 03:30:15 15
3 Extreme

52

Kaźmierczak Mateusz M Eventyr Team Mikołów 03:30:53 15

 

Marcin Zdziebło biegł na trasie krótkiej i jak zwykle rozbił konkurencje. Zajął pierwsze miejsce za co mocno gratuluję.

Wyniki TP 15:

1 Rekreacyjna

38

Zdziebło Marcin M EVENTYR Żory 01:42:02 13
2 Rekreacyjna

122

Leyko Konrad M Róża Wiatrów/AzymutTeam Jaworzno 01:45:05 13
3 Rekreacyjna

14

Wiktorowicz Mateusz M Krzeszowice 01:54:33 13

 

~Kazik

Mini Czech Adventure Race 2017

Rajd w Czechach był w naszych planach startowych od początku sezonu. Z opowieści każdego kto tam był słyszałam, że to rajd przygodowy z prawdziwego zdarzenia, przygoda przez duże P, że nawet na trasie MINI 200 km można się solidnie zmęczyć. Miałam okazję się przekonać, że tak w rzeczywistości jest.
Wszystko wskazywało na to, że nasz team musi tam wystartować, bo nawet Krzysiek z Sebą wygrali na Adventure Trophy wpisowe na krótką trasę. Początkowo mieliśmy jechać jako dwa zespoły, MM i MIX, ale ostatecznie pojechałam ja z Krzyśkiem. Dla niego to była już czwarta edycja rajdu, więc doskonale wiedział czego można się spodziewać i jaką taktykę obrać. Na wstępnie wiadomo było, że całej trasy rajdu (ok. 210 km) w limicie 18 godzin nie zrobimy.

Prognozy na kilka dni przed rajdem były fatalne, jedna wielka zlewa cały weekend. Na szczęście im bliżej startu tym zaczynało to wyglądać lepiej. W dniu startu, który był o 22 w piątek, od rana lało, przestało dopiero ok. 20 i na nasze szczęście więcej już nie padało. Na miejsce, do Kokorina, dojechaliśmy o 18.30 i od razu przystąpliśmy do opracowania strategii. Rajd składał się z 7 etapów: BnO – 5 km, rower – 70 km, rolki – 25 km, canoeing – 2km, rower – 70 km, bols cross i trek – 40 km. Założenie było takie – tak pościnać rower i rolki, żeby zdążyć zrobić cały trek, na którym było do zgarnięcia dużo punktów kontrolnych.

( chwila przed starem 🙂 )

Start odbył się punktualnie, wystartowało 27 zespołów. Pierwszy punkt na BnO miał znajdować się u podstawy skały, do której prowadziła od głównej drogi ścieżka, jakieś 150 m. Nie wiedzieć czemu polecieliśmy za wszystkimi dużo, dużo dalej i w rezultacie punt podbiliśmy dopiero po 20 min od startu. Potem poszło już z górki, a właściwie to i z górki i pod górkę, i wspinając się na skałki i zeskakując z nich, trawersując strome zbocza, ślizgając się po błocie. Pierwszy etap zajął nam godzinę.
Dwa pierwsze punkty na rowerze wzięliśmy bez problemu, obydwa były na górkach w lesie, więc nie obyło się bez pchania roweru. Według planu kolejne 3 punkty odpuściliśmy (były znowu w lesie, na górkach, do których prowadziły ścieżki, co do których nie mieliśmy pewności czy będą przejezdne i było ryzyko, że utkniemy tam na dłuższą chwilę, tracąc jakże cenne godziny). Pojechaliśmy więc od razu na PK6 – Punkt widokowy. Na punkt z jednej strony prowadził czerwony szlak pieszy wspinający się długo i stromo na wzniesienie (szlak kończył się na punkcie widokowym), z drugiej strony biegła dołem droga i od niej prostopadle odchodziła ścieżka, która miała prowdzić prosto na punkt. Wybraliśmy drugą opcję zakładając, że przynajmniej przejedziemy część na rowerze, a do samego punktu jakoś się wdrapiemy.

( na szczycie jednej z górek )

Jakież było nasze zdziwienie, gdy nagle ścieżka, którą mieliśmy dotrzeć na punkt się skończyła, a przed nami wyrosła pionowa 30-metrowa ściana. Tak, punkt widokowy był na górze, jakież to wtedy wydało się logiczne. Znaleźliśmy w miarę dogodne miejsce, gdzie mogliśmy się wspiąć na górę i po dłuższej chwilę namierzyliśmy też punkt. Była 3.00, według planu o tej porze mieliśmy być w połowie rolek, a przed nami były jeszcze 2 punkty na rowerze, do przejechania połowa tego co już zrobiliśmy. Podjęliśmy decyzję pojechać jeszcze na PK7 i odpuścić kolejny punkt (PK8), gdzie miał być etap rolkowy i canoeing (PK9-PK11), a także pierwszy punkt z drugiego etapu rowerowego (PK12), skierowaliśmy się od razu na PK13. Kolejne punkty 14, 15 i 16 znajdowały się na solidnych górkach (zamki i punkty widokowe), na które wjeżdżaliśmy o świcie z nowym zapasem energii, który przyszedł wraz z pierwszymi promieniami słońca.

( czas na bols cross )

Po etapie rowerowym, na którym w sumie nakręciliśmy 105 km, wrociliśmy na metę, wzięliśmy szpej i ruszyliśmy na bols cross. Zaczynał się od zjazdu na linie, a potem prowadził w formie toru przeszkód wyznaczonym taśmami w trudnym terenie między skałkami przez ok. 2,5 km (strome podejścia, strome zejścia, trawersy w borówkach, wspinanie na skałkę, zeskakiwanie ze skałki, zjazd na tyłku po błocie, itp.). Może byłoby nawet przyjemne jakby trwało o połowę krócej, całość zajęła nam jednak godzinę.

( Krzyśkowi 40km trek nie sprawia takiej frajdy jak Uli ;P )

Na ostatni etap, trek, który miał mieć ok. 40 km mieliśmy 7 godzin. Wydawało się wystarczająco na pokonanie trasy całego etapu i zebranie 15 punktów. Etap miał 9 punktów na głównej mapie 1:25 000, które znajdowały się w większości na punktach widokowych i zamkach na okolicznych góreczkach oraz 6 punktów w terenie na mapie do bno 1:15 000. Mimo, że utrzymywaliśmy tempo i robiliśmy optymalne warianty przebiegliśmy 40 km,

( było kilka takich fajnych PK )

ale musieliśmy odpuścić 2 punkty z bno i 2 z mapy głównej z obawy przed spóźnieniem na metę. Według regulaminu za każde 15 minut spóźnienia odejmowany był 1 PK. I tak na metę wróciliśmy 45 min przed limitem, z 27 PK, 154 km na liczniku i sumą przewyższeń przeszło 3600 m. Zostaliśmy sklasyfikowani jako 1 zespół MIX, a przed nami były 4 ekipy MM, z czego tylko 2 udało się zrobić całość trasy w limicie.

Bardzo fajny rajd, bardzo dobra organizacja, super atrakcyjny teren. Za rok trzeba spróbować sił na długiej trasie 😛

~Ula

AT – Adventure Trophy 2017

Hasłem rajdu było „Legenda Powraca”, nie mieliśmy okazji brać udziału we wcześniejszych edycjach, ale śmiało można powiedzieć, że był to rajd przygodowy przez duże P. Mi osobiście, przypominał rajd w Czechach, który bardzo lubię. Organizatorzy wykorzystali świetne tereny oraz ogromne doświadczenie, dzięki czemu zrobili dobry rajd 🙂

Startowałem z Sebą, od dłuższego czasu nie udawało nam się razem wystartować w rajdach. Forma po ostatnich rajdach pozwalała nam jechać na AT ze świadomością, że możemy powalczyć. Choć patrząc na listę startową, w naszym mniemaniu było jeszcze kilka takich zespołów, a że rajd będzie długi i ciężki to trzeba było ostrożnie podchodzić do takich rokowań.

Start z poślizgiem o 10.30, mapy dostajemy na bieżąco (niestety tylko po jednej). Na początek BNO, do pierwszego PK docieramy z większą grupą, udaje się nam jednak sprawnie go podbić i lecimy dalej. Łapiemy kolejny PK, aż do PK E gdzie mamy problem, po paru minutach czesania lasu, chłopaki z Poznania dzwonią do orga, od którego słyszą, że tego PK nie ma :/ No nic, lecimy po ostatni PK na tej mapie, który wchodzi czysto, teraz kolejne BNO. Niestety, lecimy nie w tę stronę, co razem ze źle obraną taktyką podbijania PK skutkuje 15min stratą.

(po pierwszym BNO na końcu stawki)

Drugie BNO po Tyńcu, też jeszcze w większości pokonujemy w grupie. Z ostatniego PK udaję nam się dobry wariant, zaczynamy doganiać tych z przodu 🙂 Zaczyna się etap zadań specjalnych, 3 razy pływamy po kanale (jakby to nie brzmiało :P), następnie zjazd na linie do wody i spływ torem kajakarskim. Startuję w soczewkach, na te zadania miałem przygotowane okularki do pływania, niestety zostały w plecaku, a tak mnie pozamiatało na torze, że straciłem jedną soczewkę, zapasowych brak, dyskomfort do końca rajdu, szczególnie w nocy :/ Bardzo fajne – przygodowe zadania, mało jest takich u nas na rajdach.

Wszystkie zadania idą nam sprawnie i na rolki wychodzimy z dwoma innymi zespołami. A, że na rolkach w miarę ogarniamy, to na tym etapie odrabiamy parę minut do AR Poznań. Jesteśmy na drugim miejscu. Kolejne zadanie to trochę taki Czeski Bolscross 🙂 bieg po wyznaczonej trasie, gdzie znajdują się zadania linowe. Pierwszy zjazd sprawnie robi Seba, drugi robię ja. Tutaj chwilę kręcimy, bo nie jesteśmy pewni czy to już mamy zacząć BNO. Po chwili lecimy, idzie nam to sprawnie i bez problemów. Następnie przelot do PK3 robimy z drogi na azymut i wchodzi jak piwo po treningu 😉 skąd trzeba wyznaczyć dwa azymuty. Org zaznaczył wcześniej, że będzie takie azymutowanie więc wziąłem kątomierz (jak dla mnie nadaje się do tego lepiej niż kompas, szczególnie w oprawce AR 🙂 ) nie mamy problemów z tymi PK. Na drugim z nich spotykamy naszych , Ulę z Marcinem, dalej do TA2 lecimy razem. Po drodze jeszcze dwie eksploracje podziemi, słońce już tak waliło, że nie chciało się z nich wychodzić. Na TA2 szybka przeprawa linowa i lecimy na rowerki.

(przeprawa u Ira, TA2)

Tutaj mamy już tylko 5 min do AR Poznań, przed nami 20km roweru. Takie zapoznanie z trasą przed decydującym etapem 70km rowerem (według orgów i chyba tak było – choć Team360 stracił 3 miejsce na treku). Na tym etapie jedziemy spokojnie i tracimy 5 min, przed BNO na Bornaczowej mamy 10 min straty. Ten BNO miał być wymagający i taki był, mało było ścieżek. Pierwszy PK trochę motamy, kolejne wchodzą już dobrze. Zaczynają się jednak problemy Czity z mięśniami- konkretnie łapią go skurcze. Na PK B Czita stoi 5 metrów od lampionu, trzyma się drzewa i nie odzywa, mówię „co, jest? kostka? po zawodach?” ten mówi „skurcze, przynieś mi ku*** ten słupek tutaj” 😀 po chwili bierze się za siebie i lecimy dalej. Wybieramy wariant jak się później okazało taki sam jak AR Poznań, najpierw zbieramy PK, a z ostatniego lecimy ścieżką do mety. Na tym ostatnim przelocie widzimy chłopaków i na rowery ruszamy razem.

Z naszego punktu widzenia ten etap był dla nas kluczowy, jak się później okazało pozwolił nam uciec. Do PK9 jedziemy praktycznie cały czas z Poznaniakami, Czitę co jakiś czas łapią skurczę i chłopaki nam odjeżdżają, po czym gonimy ich. Z PK 6 robimy inne warianty, ale spotykamy się na dole pod sklepem, uzupełniamy zapasy, to może być ostatnia okazja. Przed PK7 robimy inne podejście i dochodzimy chwilę szybciej, ale widzimy czołówki tuż za nami. Jednak na dole znowu się spotykamy, podejście pod PK8 robimy inaczej i łapiemy go szybciej. Na dół znowu inne warianty, nasz okazał się słabszy, a jeszcze Czita na zjeździe przeleciał przez kierownicę. Do PK9 prowadzi długi przelot asfaltem, tutaj doganiamy chłopaków i wyprzedzamy ich. PK9 robimy pierwsi. Zaczyna się burza i ostro zaczyna padać. Zatrzymujemy się na chwilę ubrać kurtkę i ciśniemy dalej. Odżywamy, szczególnie Czita, słońce mu przywaliło i dopiero zaczyna coś jeść, deszcz sprawił nam radość jak małym dzieciom 🙂 Później na GPS widać, że inne zespoły chwilę przystanęły w tym momencie. Na PK10 już mamy jakąś przewagę, tylko jaką, okazało się, że AR jechali innym wariantem niż my i nie mogliśmy się minąć wracając z PK 10. PK 11 szybko siada. Jadać do PK 12 zatrzymujemy się na skrzyżowaniu i słyszę syczenie z roweru Czity, mówię „masz panę”, Czita odwraca rower, ściąga koło, ja wyciągam łyżkę, dętkę. I następuje cisza, okazało się, że syczał bidon 😀 Jedziemy dalej, przed PK 12 czujne ścieżki przy rzece, ale idzie gładko. Z tego PK jest fajna droga rozpędzamy się i ciśniemy do końca, jak się okazał trochę za daleko. Dojeżdżamy do głównej drogi (czerwonej na mapie – zakaz przejazdu), droga, chodnik, rzeka i 60m most. Parzymy na siebie „ tu jest chodnik, tylko 60 m – ale jak zobaczą na GPS, to mogą nas zdyskwalifikować”, robimy nawrót i jedziemy wyznaczonym przejazdem.

(niewiele brakowało 🙂 )

PK 13, z tego PK droga na TA4 to jakaś porażka, przejechać dało się może z 300m (chyba, że ktoś jechał objazdem) reszta to pchanie pod górę, denerwuję mnie to. Może marudzę bo miałem już dość pchania roweru, chyba nikt tego nie lubi 🙂 ) Choć TA4 w ładnym domku na polanie w lesie 🙂

Szybki przepak, makaron, woda, zmiana karty i lecimy. Pani mówi, że może kawki, herbatki, że kiełbasę na ognisku nam robi 🙂 Co mogliśmy zrobić, niestety inni mogli się tu zjawić w każdej chwili (tak się nam wydawało, a nikt nie chciał nam powiedzieć ile mamy przewagi, może dobrze 🙂 ) więc nie było czasu na przyjemności. Zakładamy suche skarpety, komfort przez 10 min, bo i tak było mokro 🙂 Tutaj niektóre ekipy czekała niemiła niespodzianka, organizatorzy nie przywieźli przepaku kilku ekip, w tym goniących nas AR. Chłopaki siedzą tu 15 min dłużej i z pożyczonym sprzętem (a konkretnie obuwiem) lecą dalej, szacun dla nich, że im się chciało, choć wkurw musiał być niezły. PK wchodzą raczej gładko. Tym razem do PK 15 ja przymulam, a powoli zaczynało wychodzić słoneczko i wiedzieliśmy, że trzeba się sprężyć, żeby w nim nie biegać. Pod PK 17 chyba najgorsze podejście z całego rajdu. Jeszcze niewiele brakowało, a byłaby wtopa przy schodzeniu z niego. Kalafiory na stopach już konkretne. Docieramy do TA 5.

Tutaj dowiadujemy się, że mamy większą przewagę, ale bliżej nie wiadomo jaką, że PK 18 jest odwołane i PK na kajakach też. Przed nami 30 km rowerku i 20 km kajaku. Rower który lubimy i raczej nie powinni nas na tym etapie dogonić, tutaj zdałem sobie sprawę, że jak tego nie zwalimy to zwycięstwo jest nasze. Dodaje mi to sił, a że początek jest płaski to ostro suniemy. Przy PK 19 trochę motamy, ale był nico schowany. Górki wydają się coraz większe, pod PK 20 podchodzimy ścieżką przez las, zostawiamy rowery i idziemy na szczyt, szukamy PK, okazało się, że był 5 metrów od naszych rowerów. Przed nami jeszcze tylko ostatnie podejście i szybki zjazd do TA6.

(na kajak i do mety)

Na TA6, bierzemy wodę, żelki i wskakujemy do kajaku. Słońce w całej okazałości, nurtu raczej brak. Taki etap na koniec jest najgorszy, muli nas strasznie. A jeszcze nie wzięliśmy pierwszej mapy bo po co i nawet nie wiemy ile jeszcze. Dopiero jak dopływamy do przeprawy samochodowej gdzie zorientowaliśmy się, odżywamy i zaczynamy sprawnie machać. Przed tamą zostawiamy kajaki i już tylko kawałek delikatnego dobiegu do mety. Meldujemy się na niej po prawie 27 godzinach walki na trasie, jako pierwszy zespół 🙂 Zadowoleni, szczęśliwi, zmęczeni 🙂 Czekają na nas szampan, uściski, Ula – która mówi, że też wygrali na swojej trasie 🙂 Zwycięstwo o tyle cenniejsze, że rajd był trudny, a konkurencja spora.

Organizatorzy wykorzystali ogromne doświadczenie, wiedzą jak powinien wyglądać rajd przygodowy. AT miało element przygody, którego czasami w rajdach przygodowych brakuje. Obowiązkowa pozycja w przyszłym roku 🙂

~Krzysiek

*zdjęcia ze strony organizatorów

NAR – Navigatoria Adventure Race 2017

Start na Navigatoria Adventure Race w Gniewinie na Kaszubach był dla nas pierwszym startem w takim składzie (dołączyłam ja) i dla mnie także pierwszym w zespole czwórkowym. Poznałam się z chłopakami z Eventyru, Krzyśkiem i Sebastianem, miesiąc przed rajdem, kiedy zrobiliśmy wspólny wypad biegowo (indywidualny start w Gran Prix Małopolski w BnO) – rowerowy (objazd po Dolinkach Jurajskich), Mateusza poznałam dopiero w dniu startu.

                                                       

(„wesoła kompania” na starcie)

Oczekiwania związane z rajdem były raczej dość wysokie, chcieliśmy powalczyć. Z podanych schematów i opisów trasy wyliczyliśmy, że rajd powinniśmy skończyć ok. godz. 19-20, tak żeby nie zahaczyć o drugą noc (w końcu jechaliśmy z południa i mieliśmy w planie porządnie wyspać się przed drogą powrotną). Z informacji, które wyczytaliśmy później z harmonogramu imprezy, wynikało, że organizator przewiduje przybycie zwycięskiego zespołu po 24 godzinach, czyli ok. 22:00. Wzbudziło to pewien niepokój, że jednak może nie być tak łatwo. O tym, że może być czujnie dowiedzieliśmy przy odbieraniu map. Krótko mówiąc, mapa była aktualna do czasów PGR-ów, a nieużywanego już lotniska między Łebieniem, a Tawęcinem, gdzie znajdowała się druga strefa zmian, w ogóle na mapie nie było. Podjęliśmy decyzję, że nie ma sensu już nic liczyć, po prostu robimy swoje. Mateusz i ja tydzień wcześniej startowaliśmy na Kieracie, mi nie udało się wyleczyć kontuzji i bolała mnie noga, wiedziałam, że w trakcie rajdu raczej samo nie przejdzie.

Rajd był tak zorganizowany, że żaden z etapów się nie dłużył i na żadnym nie można było się za bardzo zmęczyć. Start odbył się w piątek, o godz. 22:00. Zaczęliśmy od etapu rowerowego, który miał liczyć 14 km. Nie wybraliśmy najbardziej optymalnego wariantu, bo na PK3, gdzie zaczynała się rowerowa jazda na orientację nakręciliśmy już 21 km. Mimo tego, na punkcie zameldowaliśmy się jako drugi zespół, zaraz za On-Sight. 9,5 km etap RJnO poszedł nam szybko i sprawnie (50 min) i na godzinę 1:30 zjechaliśmy nad brzeg Jeziora Żarnowieckiego, gdzie rozpoczęliśmy etap kajakowy.

Przed nami było 10 km spływu na jeziorze z jednym PK, następnie 6 km mocno meandrującą Piaśnicą, aż do Morza Bałtyckiego. Tam, w zależności od warunków, mieliśmy płynąć 5 km morzem wzdłuż brzegu lub w przypadku dużych fal ciągnąć kajaki. Odcinek przez jezioro i rzeką zajął nam 3 godziny. 3 godziny wiosłowania przy odczuwalnej temperaturze kilku stopni na plusie, gdzie nie można było sobie pozwolić na chociażby krótką przerwę w wiosłowaniu (a takowe musieliśmy zrobić przy podpływaniu na punkt i na zadanie specjalne – most linowy). Do tego dochodziła gęsta mgła ograniczająca widoczność. Mimo pięciu warstw na sobie (wiedząc, że w nocy ma być 6 st. przygotowałam się na zimno) dłonie w mokrych rękawiczkach kostniały i kompletnie traciłam czucie; Mateusz, z którym płynęłam w kajaku, miał tylko dwie warstwy i tak telepał się z zimna, że trząsł się cały kajak. W związku z tym wiosłowanie na Piaśnicy szło nam średnio, rzeka miała szerokość ok. 3-4 metrów i co chwila lądowaliśmy w szuwarach, raz po lewej, raz po prawej stronie. Pod koniec spływu Piaśnicą powoli zaczęło robić się jasno i dokładnie o wschodzie słońca dotarliśmy nad morze.

( za moment wyjdzie słoneczko, tym czasem trzeba się rozgrzać – może by tak kajakiem po plaży )

Naszym oczom ukazał się niesamowity widok – wzburzone morze na tle zorzy porannej. Zdecydowanie dla tego widoku warto było tam być. Niemniej wciąż było nam zimno i perspektywa 5 km marszu z kajakiem nawet nas ucieszyła (nie było mowy o wypłynięciu na morze). W trakcie marszu odliczam wejścia na plażę, wypłynęliśmy przy 24, przepak ma być na 31 – 7 wejść, 50 minut – czas mija bardzo szybko. W międzyczasie wschodzi słońce i trochę nas dogrzewa, jest całkiem przyjemnie. Na PK8 docieramy jako pierwsi, zaraz za nami On-Sight, a w oddali widzimy, że zbliża się kolejny zespół czwórkowy. W ekspresowym tempie ogarniamy przepak i ruszamy dalej. Zapomniałam zabrać drugiej mapy na kolejne etapy, którą dałam do skrzyni, ale niebawem okaże się, że w ogóle nie będzie mi potrzebna. Do miejsca, gdzie odbieramy rowery mamy ok. 3 km, taki jogging o poranku.

( już rozgrzani, na przelocie do PK8 )

Kolejny etap rowerowy liczy 35 km, po ok. 9 km dojeżdżamy na PK9, gdzie rozpoczynamy pierwszy bieg na orientację – krótki i łatwy. Jak kończymy, rowery kolejnych zespołów są już na punkcie, więc wiemy, że są zaraz za nami. Przed BnO ściągnęłam kurtkę, a razem z nią kompas, który miałam na ręce. Kompas ląduje w plecaku, nie użyję go już do końca rajdu. Jesteśmy już na drugiej stronie pierwszej mapy, a w moim mapniku mapa nadal złożona na pierwszy etap rowerowy, kończy się na PK4.

( no i jest pierwsze BNO, lecimy w las)

Krzysiek tak dobrze nawiguje, że nawet nie chce mi się patrzeć w mapę; swoją drogą tempo jest takie, że nie mam też na to czasu. Przed startem ustaliliśmy warianty i jak na razie wszystkie punkty wchodzą bezbłędnie (motamy trochę przy PK10, bo we wsi Kopalino budują nowe drogi). Jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza, że nie muszę nawigować. W zasadzie moim głównym zadaniem jest po prostu nadążać i całkiem sprawnie odnajduję się w tej roli. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od dobrych kilku lat w imprezach na orientację startuję indywidualnie lub w zespole, gdzie nawiguje się wspólnie i nie wyobrażałam sobie przed rajdem, że ot tak mogłabym z tego zrezygnować. Przyszło nad wyraz łatwo, mapnik rowerowy też zostaje na kolejnym przepaku, bo tylko mi przeszkadza.

Na PK12 z drugim przepakiem, zlokalizowany na starym lotnisku w Tawęcinie w otoczeniu kilkunastu wiatraków docieramy po godz. 9. Stąd ruszamy na etap rolkowy, a potem trekking.

( przyszedł czas na rolki, praca zespołowa )

Rolki. W ogóle nie rozumiem tej dyscypliny sportu, rolki kojarzą mi się wyłącznie z Pierwszą Komunią mojego brata. Dostał wtedy w prezencie czarne rolki Trezeta rozmiar 37. Akurat z trójki naszego rodzeństwa pasowały tylko na mnie i cieszyłam się, że mogę sobie na nich jeździć. Nie przypuszczałam wtedy, że jeszcze kiedykolwiek będę jeździć na rolkach. Zaopatrzyłam się w ten sprzęt przed którymś rajdem i jak dotąd przydały się 3 razy, teraz czwarty. Ogólnie moja technika jazdy na rolkach ogranicza się do tego ile mogę wykorzystać umiejętności jazdy na nartach – krok łyżwowy i zjazd na krechę. Niestety na rolkach nie da się hamować żadną kristianią ani pługiem, więc wszystko jest fajnie dopóki na zjeździe jest dobry asfalt, tu nie było. Cały etap przejechałam asekurowana przez Sebastiana licząc, że nie zaliczymy razem gleby na którymś zjeździe. Ostatecznie etap był szybki i przyjemny.

Drugie zadanie specjalne, które mamy tu do wykonania po powrocie z rolek, to jest strzelanie z łuku. Na zespół mamy 10 strzałów, z których musimy oddać 5 celnych. W przypadku niepowodzenia czeka nas 1 km karna runda na rolkach. Udaje się za drugim podejściem i ruszamy na 30 km trek. Wychodząc widzimy wracający z rolek zespół Navigatoria/Colca Peru, od razu nas to mobilizuje i zaczynamy truchtać. Etap zaczynamy chwilę po godz. 10, upał jeszcze nie doskwiera, a pierwsza połowa przebiega zalesionym terenem, więc idzie całkiem sprawnie.

( ostatni przelot do przepaku, słoneczko grzeje ostro )

W południe zaczyna robić się nieznośnie gorąco i wybiegamy z lasu. 8 km przelot z ostatniego punktu biegnie w większości asfaltem, zaczynamy odczuwać zmęczenie i skutki upału, jednak decydujemy się jak najszybciej zakończyć ten etap i po 3h50min wracamy na przepak. Po uzupełnieniu wody w bukłakach i bidonach ruszamy na ostatni już etap rowerowy, w trakcie którego będzie jeszcze jedno BnO.

Przeloty między punktami są dość długie i nudne, jedziemy lekko otępiali od słońca i ogólnie robi się senna atmosfera. Docieramy na PK20 i zaczynamy 8 km bieg na orientację.

( ostatnie BNO – hasamy jak sarenki )

Teren jest piękny, idealny pod BnO. Krzysiek znów bezbłędnie nawiguje, prawie wszystkie punkty wchodzą od strzała. Etap kończymy po 1,5h, na PK mijamy się z zespołem Navigatoria/Colca Peru, który właśnie zaczyna BnO. Do mety mamy tylko 17 km i jeden PK.

( ostatni PK i na metę )

Po drodze wstępujemy jeszcze do sklepu po zasłużonego browarka i o godzinie 19:29, z czasem 21h29min meldujemy się na mecie jako pierwszy zespół trasy Masters.

Rajd spełnił nasze oczekiwania chyba pod każdym względem – ładne tereny, dobra pogoda, ciekawe etapy, no i zwycięstwo 😀

~Ula