Loading

Posts by krzyman

Mini Czech Adventure Race 2017

Rajd w Czechach był w naszych planach startowych od początku sezonu. Z opowieści każdego kto tam był słyszałam, że to rajd przygodowy z prawdziwego zdarzenia, przygoda przez duże P, że nawet na trasie MINI 200 km można się solidnie zmęczyć. Miałam okazję się przekonać, że tak w rzeczywistości jest.
Wszystko wskazywało na to, że nasz team musi tam wystartować, bo nawet Krzysiek z Sebą wygrali na Adventure Trophy wpisowe na krótką trasę. Początkowo mieliśmy jechać jako dwa zespoły, MM i MIX, ale ostatecznie pojechałam ja z Krzyśkiem. Dla niego to była już czwarta edycja rajdu, więc doskonale wiedział czego można się spodziewać i jaką taktykę obrać. Na wstępnie wiadomo było, że całej trasy rajdu (ok. 210 km) w limicie 18 godzin nie zrobimy.

Prognozy na kilka dni przed rajdem były fatalne, jedna wielka zlewa cały weekend. Na szczęście im bliżej startu tym zaczynało to wyglądać lepiej. W dniu startu, który był o 22 w piątek, od rana lało, przestało dopiero ok. 20 i na nasze szczęście więcej już nie padało. Na miejsce, do Kokorina, dojechaliśmy o 18.30 i od razu przystąpliśmy do opracowania strategii. Rajd składał się z 7 etapów: BnO – 5 km, rower – 70 km, rolki – 25 km, canoeing – 2km, rower – 70 km, bols cross i trek – 40 km. Założenie było takie – tak pościnać rower i rolki, żeby zdążyć zrobić cały trek, na którym było do zgarnięcia dużo punktów kontrolnych.

( chwila przed starem 🙂 )

Start odbył się punktualnie, wystartowało 27 zespołów. Pierwszy punkt na BnO miał znajdować się u podstawy skały, do której prowadziła od głównej drogi ścieżka, jakieś 150 m. Nie wiedzieć czemu polecieliśmy za wszystkimi dużo, dużo dalej i w rezultacie punt podbiliśmy dopiero po 20 min od startu. Potem poszło już z górki, a właściwie to i z górki i pod górkę, i wspinając się na skałki i zeskakując z nich, trawersując strome zbocza, ślizgając się po błocie. Pierwszy etap zajął nam godzinę.
Dwa pierwsze punkty na rowerze wzięliśmy bez problemu, obydwa były na górkach w lesie, więc nie obyło się bez pchania roweru. Według planu kolejne 3 punkty odpuściliśmy (były znowu w lesie, na górkach, do których prowadziły ścieżki, co do których nie mieliśmy pewności czy będą przejezdne i było ryzyko, że utkniemy tam na dłuższą chwilę, tracąc jakże cenne godziny). Pojechaliśmy więc od razu na PK6 – Punkt widokowy. Na punkt z jednej strony prowadził czerwony szlak pieszy wspinający się długo i stromo na wzniesienie (szlak kończył się na punkcie widokowym), z drugiej strony biegła dołem droga i od niej prostopadle odchodziła ścieżka, która miała prowdzić prosto na punkt. Wybraliśmy drugą opcję zakładając, że przynajmniej przejedziemy część na rowerze, a do samego punktu jakoś się wdrapiemy.

( na szczycie jednej z górek )

Jakież było nasze zdziwienie, gdy nagle ścieżka, którą mieliśmy dotrzeć na punkt się skończyła, a przed nami wyrosła pionowa 30-metrowa ściana. Tak, punkt widokowy był na górze, jakież to wtedy wydało się logiczne. Znaleźliśmy w miarę dogodne miejsce, gdzie mogliśmy się wspiąć na górę i po dłuższej chwilę namierzyliśmy też punkt. Była 3.00, według planu o tej porze mieliśmy być w połowie rolek, a przed nami były jeszcze 2 punkty na rowerze, do przejechania połowa tego co już zrobiliśmy. Podjęliśmy decyzję pojechać jeszcze na PK7 i odpuścić kolejny punkt (PK8), gdzie miał być etap rolkowy i canoeing (PK9-PK11), a także pierwszy punkt z drugiego etapu rowerowego (PK12), skierowaliśmy się od razu na PK13. Kolejne punkty 14, 15 i 16 znajdowały się na solidnych górkach (zamki i punkty widokowe), na które wjeżdżaliśmy o świcie z nowym zapasem energii, który przyszedł wraz z pierwszymi promieniami słońca.

( czas na bols cross )

Po etapie rowerowym, na którym w sumie nakręciliśmy 105 km, wrociliśmy na metę, wzięliśmy szpej i ruszyliśmy na bols cross. Zaczynał się od zjazdu na linie, a potem prowadził w formie toru przeszkód wyznaczonym taśmami w trudnym terenie między skałkami przez ok. 2,5 km (strome podejścia, strome zejścia, trawersy w borówkach, wspinanie na skałkę, zeskakiwanie ze skałki, zjazd na tyłku po błocie, itp.). Może byłoby nawet przyjemne jakby trwało o połowę krócej, całość zajęła nam jednak godzinę.

( Krzyśkowi 40km trek nie sprawia takiej frajdy jak Uli ;P )

Na ostatni etap, trek, który miał mieć ok. 40 km mieliśmy 7 godzin. Wydawało się wystarczająco na pokonanie trasy całego etapu i zebranie 15 punktów. Etap miał 9 punktów na głównej mapie 1:25 000, które znajdowały się w większości na punktach widokowych i zamkach na okolicznych góreczkach oraz 6 punktów w terenie na mapie do bno 1:15 000. Mimo, że utrzymywaliśmy tempo i robiliśmy optymalne warianty przebiegliśmy 40 km,

( było kilka takich fajnych PK )

ale musieliśmy odpuścić 2 punkty z bno i 2 z mapy głównej z obawy przed spóźnieniem na metę. Według regulaminu za każde 15 minut spóźnienia odejmowany był 1 PK. I tak na metę wróciliśmy 45 min przed limitem, z 27 PK, 154 km na liczniku i sumą przewyższeń przeszło 3600 m. Zostaliśmy sklasyfikowani jako 1 zespół MIX, a przed nami były 4 ekipy MM, z czego tylko 2 udało się zrobić całość trasy w limicie.

Bardzo fajny rajd, bardzo dobra organizacja, super atrakcyjny teren. Za rok trzeba spróbować sił na długiej trasie 😛

~Ula

AT – Adventure Trophy 2017

Hasłem rajdu było „Legenda Powraca”, nie mieliśmy okazji brać udziału we wcześniejszych edycjach, ale śmiało można powiedzieć, że był to rajd przygodowy przez duże P. Mi osobiście, przypominał rajd w Czechach, który bardzo lubię. Organizatorzy wykorzystali świetne tereny oraz ogromne doświadczenie, dzięki czemu zrobili dobry rajd 🙂

Startowałem z Sebą, od dłuższego czasu nie udawało nam się razem wystartować w rajdach. Forma po ostatnich rajdach pozwalała nam jechać na AT ze świadomością, że możemy powalczyć. Choć patrząc na listę startową, w naszym mniemaniu było jeszcze kilka takich zespołów, a że rajd będzie długi i ciężki to trzeba było ostrożnie podchodzić do takich rokowań.

Start z poślizgiem o 10.30, mapy dostajemy na bieżąco (niestety tylko po jednej). Na początek BNO, do pierwszego PK docieramy z większą grupą, udaje się nam jednak sprawnie go podbić i lecimy dalej. Łapiemy kolejny PK, aż do PK E gdzie mamy problem, po paru minutach czesania lasu, chłopaki z Poznania dzwonią do orga, od którego słyszą, że tego PK nie ma :/ No nic, lecimy po ostatni PK na tej mapie, który wchodzi czysto, teraz kolejne BNO. Niestety, lecimy nie w tę stronę, co razem ze źle obraną taktyką podbijania PK skutkuje 15min stratą.

(po pierwszym BNO na końcu stawki)

Drugie BNO po Tyńcu, też jeszcze w większości pokonujemy w grupie. Z ostatniego PK udaję nam się dobry wariant, zaczynamy doganiać tych z przodu 🙂 Zaczyna się etap zadań specjalnych, 3 razy pływamy po kanale (jakby to nie brzmiało :P), następnie zjazd na linie do wody i spływ torem kajakarskim. Startuję w soczewkach, na te zadania miałem przygotowane okularki do pływania, niestety zostały w plecaku, a tak mnie pozamiatało na torze, że straciłem jedną soczewkę, zapasowych brak, dyskomfort do końca rajdu, szczególnie w nocy :/ Bardzo fajne – przygodowe zadania, mało jest takich u nas na rajdach.

Wszystkie zadania idą nam sprawnie i na rolki wychodzimy z dwoma innymi zespołami. A, że na rolkach w miarę ogarniamy, to na tym etapie odrabiamy parę minut do AR Poznań. Jesteśmy na drugim miejscu. Kolejne zadanie to trochę taki Czeski Bolscross 🙂 bieg po wyznaczonej trasie, gdzie znajdują się zadania linowe. Pierwszy zjazd sprawnie robi Seba, drugi robię ja. Tutaj chwilę kręcimy, bo nie jesteśmy pewni czy to już mamy zacząć BNO. Po chwili lecimy, idzie nam to sprawnie i bez problemów. Następnie przelot do PK3 robimy z drogi na azymut i wchodzi jak piwo po treningu 😉 skąd trzeba wyznaczyć dwa azymuty. Org zaznaczył wcześniej, że będzie takie azymutowanie więc wziąłem kątomierz (jak dla mnie nadaje się do tego lepiej niż kompas, szczególnie w oprawce AR 🙂 ) nie mamy problemów z tymi PK. Na drugim z nich spotykamy naszych , Ulę z Marcinem, dalej do TA2 lecimy razem. Po drodze jeszcze dwie eksploracje podziemi, słońce już tak waliło, że nie chciało się z nich wychodzić. Na TA2 szybka przeprawa linowa i lecimy na rowerki.

(przeprawa u Ira, TA2)

Tutaj mamy już tylko 5 min do AR Poznań, przed nami 20km roweru. Takie zapoznanie z trasą przed decydującym etapem 70km rowerem (według orgów i chyba tak było – choć Team360 stracił 3 miejsce na treku). Na tym etapie jedziemy spokojnie i tracimy 5 min, przed BNO na Bornaczowej mamy 10 min straty. Ten BNO miał być wymagający i taki był, mało było ścieżek. Pierwszy PK trochę motamy, kolejne wchodzą już dobrze. Zaczynają się jednak problemy Czity z mięśniami- konkretnie łapią go skurcze. Na PK B Czita stoi 5 metrów od lampionu, trzyma się drzewa i nie odzywa, mówię „co, jest? kostka? po zawodach?” ten mówi „skurcze, przynieś mi ku*** ten słupek tutaj” 😀 po chwili bierze się za siebie i lecimy dalej. Wybieramy wariant jak się później okazało taki sam jak AR Poznań, najpierw zbieramy PK, a z ostatniego lecimy ścieżką do mety. Na tym ostatnim przelocie widzimy chłopaków i na rowery ruszamy razem.

Z naszego punktu widzenia ten etap był dla nas kluczowy, jak się później okazało pozwolił nam uciec. Do PK9 jedziemy praktycznie cały czas z Poznaniakami, Czitę co jakiś czas łapią skurczę i chłopaki nam odjeżdżają, po czym gonimy ich. Z PK 6 robimy inne warianty, ale spotykamy się na dole pod sklepem, uzupełniamy zapasy, to może być ostatnia okazja. Przed PK7 robimy inne podejście i dochodzimy chwilę szybciej, ale widzimy czołówki tuż za nami. Jednak na dole znowu się spotykamy, podejście pod PK8 robimy inaczej i łapiemy go szybciej. Na dół znowu inne warianty, nasz okazał się słabszy, a jeszcze Czita na zjeździe przeleciał przez kierownicę. Do PK9 prowadzi długi przelot asfaltem, tutaj doganiamy chłopaków i wyprzedzamy ich. PK9 robimy pierwsi. Zaczyna się burza i ostro zaczyna padać. Zatrzymujemy się na chwilę ubrać kurtkę i ciśniemy dalej. Odżywamy, szczególnie Czita, słońce mu przywaliło i dopiero zaczyna coś jeść, deszcz sprawił nam radość jak małym dzieciom 🙂 Później na GPS widać, że inne zespoły chwilę przystanęły w tym momencie. Na PK10 już mamy jakąś przewagę, tylko jaką, okazało się, że AR jechali innym wariantem niż my i nie mogliśmy się minąć wracając z PK 10. PK 11 szybko siada. Jadać do PK 12 zatrzymujemy się na skrzyżowaniu i słyszę syczenie z roweru Czity, mówię „masz panę”, Czita odwraca rower, ściąga koło, ja wyciągam łyżkę, dętkę. I następuje cisza, okazało się, że syczał bidon 😀 Jedziemy dalej, przed PK 12 czujne ścieżki przy rzece, ale idzie gładko. Z tego PK jest fajna droga rozpędzamy się i ciśniemy do końca, jak się okazał trochę za daleko. Dojeżdżamy do głównej drogi (czerwonej na mapie – zakaz przejazdu), droga, chodnik, rzeka i 60m most. Parzymy na siebie „ tu jest chodnik, tylko 60 m – ale jak zobaczą na GPS, to mogą nas zdyskwalifikować”, robimy nawrót i jedziemy wyznaczonym przejazdem.

(niewiele brakowało 🙂 )

PK 13, z tego PK droga na TA4 to jakaś porażka, przejechać dało się może z 300m (chyba, że ktoś jechał objazdem) reszta to pchanie pod górę, denerwuję mnie to. Może marudzę bo miałem już dość pchania roweru, chyba nikt tego nie lubi 🙂 ) Choć TA4 w ładnym domku na polanie w lesie 🙂

Szybki przepak, makaron, woda, zmiana karty i lecimy. Pani mówi, że może kawki, herbatki, że kiełbasę na ognisku nam robi 🙂 Co mogliśmy zrobić, niestety inni mogli się tu zjawić w każdej chwili (tak się nam wydawało, a nikt nie chciał nam powiedzieć ile mamy przewagi, może dobrze 🙂 ) więc nie było czasu na przyjemności. Zakładamy suche skarpety, komfort przez 10 min, bo i tak było mokro 🙂 Tutaj niektóre ekipy czekała niemiła niespodzianka, organizatorzy nie przywieźli przepaku kilku ekip, w tym goniących nas AR. Chłopaki siedzą tu 15 min dłużej i z pożyczonym sprzętem (a konkretnie obuwiem) lecą dalej, szacun dla nich, że im się chciało, choć wkurw musiał być niezły. PK wchodzą raczej gładko. Tym razem do PK 15 ja przymulam, a powoli zaczynało wychodzić słoneczko i wiedzieliśmy, że trzeba się sprężyć, żeby w nim nie biegać. Pod PK 17 chyba najgorsze podejście z całego rajdu. Jeszcze niewiele brakowało, a byłaby wtopa przy schodzeniu z niego. Kalafiory na stopach już konkretne. Docieramy do TA 5.

Tutaj dowiadujemy się, że mamy większą przewagę, ale bliżej nie wiadomo jaką, że PK 18 jest odwołane i PK na kajakach też. Przed nami 30 km rowerku i 20 km kajaku. Rower który lubimy i raczej nie powinni nas na tym etapie dogonić, tutaj zdałem sobie sprawę, że jak tego nie zwalimy to zwycięstwo jest nasze. Dodaje mi to sił, a że początek jest płaski to ostro suniemy. Przy PK 19 trochę motamy, ale był nico schowany. Górki wydają się coraz większe, pod PK 20 podchodzimy ścieżką przez las, zostawiamy rowery i idziemy na szczyt, szukamy PK, okazało się, że był 5 metrów od naszych rowerów. Przed nami jeszcze tylko ostatnie podejście i szybki zjazd do TA6.

(na kajak i do mety)

Na TA6, bierzemy wodę, żelki i wskakujemy do kajaku. Słońce w całej okazałości, nurtu raczej brak. Taki etap na koniec jest najgorszy, muli nas strasznie. A jeszcze nie wzięliśmy pierwszej mapy bo po co i nawet nie wiemy ile jeszcze. Dopiero jak dopływamy do przeprawy samochodowej gdzie zorientowaliśmy się, odżywamy i zaczynamy sprawnie machać. Przed tamą zostawiamy kajaki i już tylko kawałek delikatnego dobiegu do mety. Meldujemy się na niej po prawie 27 godzinach walki na trasie, jako pierwszy zespół 🙂 Zadowoleni, szczęśliwi, zmęczeni 🙂 Czekają na nas szampan, uściski, Ula – która mówi, że też wygrali na swojej trasie 🙂 Zwycięstwo o tyle cenniejsze, że rajd był trudny, a konkurencja spora.

Organizatorzy wykorzystali ogromne doświadczenie, wiedzą jak powinien wyglądać rajd przygodowy. AT miało element przygody, którego czasami w rajdach przygodowych brakuje. Obowiązkowa pozycja w przyszłym roku 🙂

~Krzysiek

*zdjęcia ze strony organizatorów

NAR – Navigatoria Adventure Race 2017

Start na Navigatoria Adventure Race w Gniewinie na Kaszubach był dla nas pierwszym startem w takim składzie (dołączyłam ja) i dla mnie także pierwszym w zespole czwórkowym. Poznałam się z chłopakami z Eventyru, Krzyśkiem i Sebastianem, miesiąc przed rajdem, kiedy zrobiliśmy wspólny wypad biegowo (indywidualny start w Gran Prix Małopolski w BnO) – rowerowy (objazd po Dolinkach Jurajskich), Mateusza poznałam dopiero w dniu startu.

                                                       

(„wesoła kompania” na starcie)

Oczekiwania związane z rajdem były raczej dość wysokie, chcieliśmy powalczyć. Z podanych schematów i opisów trasy wyliczyliśmy, że rajd powinniśmy skończyć ok. godz. 19-20, tak żeby nie zahaczyć o drugą noc (w końcu jechaliśmy z południa i mieliśmy w planie porządnie wyspać się przed drogą powrotną). Z informacji, które wyczytaliśmy później z harmonogramu imprezy, wynikało, że organizator przewiduje przybycie zwycięskiego zespołu po 24 godzinach, czyli ok. 22:00. Wzbudziło to pewien niepokój, że jednak może nie być tak łatwo. O tym, że może być czujnie dowiedzieliśmy przy odbieraniu map. Krótko mówiąc, mapa była aktualna do czasów PGR-ów, a nieużywanego już lotniska między Łebieniem, a Tawęcinem, gdzie znajdowała się druga strefa zmian, w ogóle na mapie nie było. Podjęliśmy decyzję, że nie ma sensu już nic liczyć, po prostu robimy swoje. Mateusz i ja tydzień wcześniej startowaliśmy na Kieracie, mi nie udało się wyleczyć kontuzji i bolała mnie noga, wiedziałam, że w trakcie rajdu raczej samo nie przejdzie.

Rajd był tak zorganizowany, że żaden z etapów się nie dłużył i na żadnym nie można było się za bardzo zmęczyć. Start odbył się w piątek, o godz. 22:00. Zaczęliśmy od etapu rowerowego, który miał liczyć 14 km. Nie wybraliśmy najbardziej optymalnego wariantu, bo na PK3, gdzie zaczynała się rowerowa jazda na orientację nakręciliśmy już 21 km. Mimo tego, na punkcie zameldowaliśmy się jako drugi zespół, zaraz za On-Sight. 9,5 km etap RJnO poszedł nam szybko i sprawnie (50 min) i na godzinę 1:30 zjechaliśmy nad brzeg Jeziora Żarnowieckiego, gdzie rozpoczęliśmy etap kajakowy.

Przed nami było 10 km spływu na jeziorze z jednym PK, następnie 6 km mocno meandrującą Piaśnicą, aż do Morza Bałtyckiego. Tam, w zależności od warunków, mieliśmy płynąć 5 km morzem wzdłuż brzegu lub w przypadku dużych fal ciągnąć kajaki. Odcinek przez jezioro i rzeką zajął nam 3 godziny. 3 godziny wiosłowania przy odczuwalnej temperaturze kilku stopni na plusie, gdzie nie można było sobie pozwolić na chociażby krótką przerwę w wiosłowaniu (a takowe musieliśmy zrobić przy podpływaniu na punkt i na zadanie specjalne – most linowy). Do tego dochodziła gęsta mgła ograniczająca widoczność. Mimo pięciu warstw na sobie (wiedząc, że w nocy ma być 6 st. przygotowałam się na zimno) dłonie w mokrych rękawiczkach kostniały i kompletnie traciłam czucie; Mateusz, z którym płynęłam w kajaku, miał tylko dwie warstwy i tak telepał się z zimna, że trząsł się cały kajak. W związku z tym wiosłowanie na Piaśnicy szło nam średnio, rzeka miała szerokość ok. 3-4 metrów i co chwila lądowaliśmy w szuwarach, raz po lewej, raz po prawej stronie. Pod koniec spływu Piaśnicą powoli zaczęło robić się jasno i dokładnie o wschodzie słońca dotarliśmy nad morze.

( za moment wyjdzie słoneczko, tym czasem trzeba się rozgrzać – może by tak kajakiem po plaży )

Naszym oczom ukazał się niesamowity widok – wzburzone morze na tle zorzy porannej. Zdecydowanie dla tego widoku warto było tam być. Niemniej wciąż było nam zimno i perspektywa 5 km marszu z kajakiem nawet nas ucieszyła (nie było mowy o wypłynięciu na morze). W trakcie marszu odliczam wejścia na plażę, wypłynęliśmy przy 24, przepak ma być na 31 – 7 wejść, 50 minut – czas mija bardzo szybko. W międzyczasie wschodzi słońce i trochę nas dogrzewa, jest całkiem przyjemnie. Na PK8 docieramy jako pierwsi, zaraz za nami On-Sight, a w oddali widzimy, że zbliża się kolejny zespół czwórkowy. W ekspresowym tempie ogarniamy przepak i ruszamy dalej. Zapomniałam zabrać drugiej mapy na kolejne etapy, którą dałam do skrzyni, ale niebawem okaże się, że w ogóle nie będzie mi potrzebna. Do miejsca, gdzie odbieramy rowery mamy ok. 3 km, taki jogging o poranku.

( już rozgrzani, na przelocie do PK8 )

Kolejny etap rowerowy liczy 35 km, po ok. 9 km dojeżdżamy na PK9, gdzie rozpoczynamy pierwszy bieg na orientację – krótki i łatwy. Jak kończymy, rowery kolejnych zespołów są już na punkcie, więc wiemy, że są zaraz za nami. Przed BnO ściągnęłam kurtkę, a razem z nią kompas, który miałam na ręce. Kompas ląduje w plecaku, nie użyję go już do końca rajdu. Jesteśmy już na drugiej stronie pierwszej mapy, a w moim mapniku mapa nadal złożona na pierwszy etap rowerowy, kończy się na PK4.

( no i jest pierwsze BNO, lecimy w las)

Krzysiek tak dobrze nawiguje, że nawet nie chce mi się patrzeć w mapę; swoją drogą tempo jest takie, że nie mam też na to czasu. Przed startem ustaliliśmy warianty i jak na razie wszystkie punkty wchodzą bezbłędnie (motamy trochę przy PK10, bo we wsi Kopalino budują nowe drogi). Jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza, że nie muszę nawigować. W zasadzie moim głównym zadaniem jest po prostu nadążać i całkiem sprawnie odnajduję się w tej roli. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od dobrych kilku lat w imprezach na orientację startuję indywidualnie lub w zespole, gdzie nawiguje się wspólnie i nie wyobrażałam sobie przed rajdem, że ot tak mogłabym z tego zrezygnować. Przyszło nad wyraz łatwo, mapnik rowerowy też zostaje na kolejnym przepaku, bo tylko mi przeszkadza.

Na PK12 z drugim przepakiem, zlokalizowany na starym lotnisku w Tawęcinie w otoczeniu kilkunastu wiatraków docieramy po godz. 9. Stąd ruszamy na etap rolkowy, a potem trekking.

( przyszedł czas na rolki, praca zespołowa )

Rolki. W ogóle nie rozumiem tej dyscypliny sportu, rolki kojarzą mi się wyłącznie z Pierwszą Komunią mojego brata. Dostał wtedy w prezencie czarne rolki Trezeta rozmiar 37. Akurat z trójki naszego rodzeństwa pasowały tylko na mnie i cieszyłam się, że mogę sobie na nich jeździć. Nie przypuszczałam wtedy, że jeszcze kiedykolwiek będę jeździć na rolkach. Zaopatrzyłam się w ten sprzęt przed którymś rajdem i jak dotąd przydały się 3 razy, teraz czwarty. Ogólnie moja technika jazdy na rolkach ogranicza się do tego ile mogę wykorzystać umiejętności jazdy na nartach – krok łyżwowy i zjazd na krechę. Niestety na rolkach nie da się hamować żadną kristianią ani pługiem, więc wszystko jest fajnie dopóki na zjeździe jest dobry asfalt, tu nie było. Cały etap przejechałam asekurowana przez Sebastiana licząc, że nie zaliczymy razem gleby na którymś zjeździe. Ostatecznie etap był szybki i przyjemny.

Drugie zadanie specjalne, które mamy tu do wykonania po powrocie z rolek, to jest strzelanie z łuku. Na zespół mamy 10 strzałów, z których musimy oddać 5 celnych. W przypadku niepowodzenia czeka nas 1 km karna runda na rolkach. Udaje się za drugim podejściem i ruszamy na 30 km trek. Wychodząc widzimy wracający z rolek zespół Navigatoria/Colca Peru, od razu nas to mobilizuje i zaczynamy truchtać. Etap zaczynamy chwilę po godz. 10, upał jeszcze nie doskwiera, a pierwsza połowa przebiega zalesionym terenem, więc idzie całkiem sprawnie.

( ostatni przelot do przepaku, słoneczko grzeje ostro )

W południe zaczyna robić się nieznośnie gorąco i wybiegamy z lasu. 8 km przelot z ostatniego punktu biegnie w większości asfaltem, zaczynamy odczuwać zmęczenie i skutki upału, jednak decydujemy się jak najszybciej zakończyć ten etap i po 3h50min wracamy na przepak. Po uzupełnieniu wody w bukłakach i bidonach ruszamy na ostatni już etap rowerowy, w trakcie którego będzie jeszcze jedno BnO.

Przeloty między punktami są dość długie i nudne, jedziemy lekko otępiali od słońca i ogólnie robi się senna atmosfera. Docieramy na PK20 i zaczynamy 8 km bieg na orientację.

( ostatnie BNO – hasamy jak sarenki )

Teren jest piękny, idealny pod BnO. Krzysiek znów bezbłędnie nawiguje, prawie wszystkie punkty wchodzą od strzała. Etap kończymy po 1,5h, na PK mijamy się z zespołem Navigatoria/Colca Peru, który właśnie zaczyna BnO. Do mety mamy tylko 17 km i jeden PK.

( ostatni PK i na metę )

Po drodze wstępujemy jeszcze do sklepu po zasłużonego browarka i o godzinie 19:29, z czasem 21h29min meldujemy się na mecie jako pierwszy zespół trasy Masters.

Rajd spełnił nasze oczekiwania chyba pod każdym względem – ładne tereny, dobra pogoda, ciekawe etapy, no i zwycięstwo 😀

~Ula